Kategoria: Felietony

  • Największą stratą czasu jest odkrywanie tego, co ktoś już odkrył!

    Największą stratą czasu jest odkrywanie tego, co ktoś już odkrył!

    O sztucznej inteligencji, ludzkiej ambicji i naszej zadziwiającej skłonności do wyważania drzwi, które od dawna stoją otworem.

    Wczoraj podczas rodzinnego spotkania z okazji urodzin mojej mamy, rozmawiałam z bratem o sztucznej inteligencji, co samo w sobie nie jest szczególnie zaskakujące, ponieważ ostatnio rozmawiam o niej z taką częstotliwością, że zaczynam podejrzewać, iż część rodziny będzie wkrótce sprawdzać listę gości, zanim zdecyduje się przyjąć zaproszenie.

    Mój brat, człowiek wyjątkowo bystry, ciekawy świata i obdarzony podobną do mojej niezdolnością do uznania, że w pewnym wieku wypadałoby już przestać się uczyć, zwrócił mi uwagę na coś, co początkowo wydało mi się oczywiste, ale po chwili zrozumiałam, że choć od miesięcy intensywnie korzystam ze sztucznej inteligencji, nigdy nie patrzyłam na nią z tej perspektywy. A przecież to może być jedna z najważniejszych konsekwencji jej upowszechnienia.

    Nie chodzi bowiem wyłącznie o to, że sztuczna inteligencja pozwala nam szybciej wykonywać pewne czynności, ale o to, że coraz częściej pozwala nam w ogóle ich nie wykonywać, ponieważ ktoś inny zrobił je już przed nami. I nie mam tutaj na myśli pisania maili, przygotowywania prezentacji czy generowania obrazków, które, jak wiadomo, dla części społeczeństwa stanowią ostateczny dowód na to, że cywilizacja właśnie chyli się ku upadkowi. Mam na myśli coś znacznie poważniejszego.

    Przez tysiące lat rozwój ludzkości odbywał się w sposób, który z dzisiejszej perspektywy można uznać za zadziwiająco nieefektywny, ponieważ ludzie żyjący w różnych częściach świata, często niemający pojęcia o swoim wzajemnym istnieniu, dochodzili do podobnych wniosków, opracowywali podobne rozwiązania i popełniali podobne błędy, nie dlatego, że byli szczególnie uparci, ale dlatego, że nie mieli dostępu do wiedzy, którą ktoś inny zdążył już zdobyć.

    Oczywiście wraz z rozwojem pisma, druku, nauki, bibliotek, a później internetu sytuacja zaczęła się zmieniać, ale nawet dzisiaj samo istnienie informacji nie oznacza jeszcze, że potrafimy do niej dotrzeć, zrozumieć ją i zastosować we właściwym momencie. Możemy przecież spędzić kilka miesięcy na rozwiązywaniu problemu, z którym ktoś po drugiej stronie świata poradził sobie dziesięć lat temu, tylko dlatego, że nie wiemy, czego właściwie powinniśmy szukać. I właśnie w tym miejscu pojawia się sztuczna inteligencja, która, choć nie jest ani nieomylna, ani wszechwiedząca, daje nam możliwość znacznie szybszego docierania do istniejących rozwiązań, łączenia informacji z różnych dziedzin i wykorzystywania doświadczeń ludzi, których prawdopodobnie nigdy nie spotkamy. Zaczęłam się wtedy zastanawiać nad czymś jeszcze.

    Przeciętne ludzkie życie trwa mniej więcej osiemdziesiąt lat, z czego przez pierwsze kilkanaście uczymy się podstaw funkcjonowania w świecie, przez kolejne próbujemy zrozumieć, kim właściwie jesteśmy i co chcielibyśmy robić, a kiedy wreszcie zaczynamy mieć jakieś sensowne pojęcie o jednym i drugim, okazuje się, że czasu pozostało nam zdecydowanie mniej, niż początkowo zakładaliśmy. Nie jest to szczególnie optymistyczna konstrukcja, zwłaszcza kiedy człowiek przekroczył pięćdziesiątkę i odkrywa, że jego ciekawość świata nie tylko nie zmalała, ale wręcz zaczęła rozwijać się w tempie, za którym kalendarz wyraźnie nie nadąża. A przecież ogromną część tego ograniczonego czasu poświęcamy na dochodzenie do rzeczy, do których inni ludzie doszli już wcześniej.

    Uczymy się metodą prób i błędów, tworzymy rozwiązania, które już istnieją, powtarzamy cudze pomyłki, a następnie z pewną satysfakcją ogłaszamy, że zdobyliśmy bezcenne doświadczenie, chociaż być może wystarczyłoby wcześniej zapytać kogoś, kto zdążył już przez to przejść. Oczywiście doświadczenie ma swoją wartość i nie każdą drogę da się skrócić, ale trudno nie zauważyć, że ludzkość ma wyjątkowy talent do traktowania zbędnego wysiłku jako dowodu własnej szlachetności. Jakby rozwiązanie problemu było tym bardziej wartościowe, im więcej czasu, nerwów i niepotrzebnych komplikacji kosztowało nas dojście do odpowiedzi.

    Tymczasem wyobraźmy sobie, że zamiast rozpoczynać każdą drogę od początku, moglibyśmy przejmować pałeczkę dokładnie w tym miejscu, w którym ktoś inny zakończył swój bieg. Że wiedza zdobyta przez jednego człowieka nie pozostaje zamknięta w granicach jego życia, środowiska zawodowego czy geograficznego, ale staje się punktem wyjścia dla kolejnego, który nie musi już poświęcać dziesięciu lat na dojście do tych samych wniosków, tylko może wykorzystać te dziesięć lat na zrobienie następnego kroku.

    Bo największą wartością sztucznej inteligencji może się ostatecznie okazać nie to, ile pracy wykona za nas, ale ile naszego życia pozwoli nam odzyskać. I tutaj dochodzimy do kwestii, która wydaje mi się szczególnie interesująca w kontekście wszystkich dyskusji o tym, czy korzystanie ze sztucznej inteligencji nie prowadzi przypadkiem do intelektualnego lenistwa. Zawsze zastanawia mnie bowiem, dlaczego tak chętnie utożsamiamy samodzielność myślenia z koniecznością samodzielnego wykonywania każdej czynności, jakby człowiek korzystający z dorobku innych automatycznie tracił prawo do własnych osiągnięć.

    Nie przypominam sobie, żebyśmy zarzucali matematykom brak intelektualnej uczciwości dlatego, że nie udowadniają od nowa wszystkich twierdzeń przed rozpoczęciem pracy, albo lekarzom, że korzystają z wiedzy wypracowanej przez poprzednie pokolenia, zamiast osobiście odkrywać anatomię człowieka. Ale kiedy podobny mechanizm zaczyna działać dzięki sztucznej inteligencji, nagle pojawiają się głosy, że prawdziwa wartość polega na robieniu wszystkiego samemu. Najlepiej od początku, bez pomocy i możliwie długo, bo wtedy przynajmniej nikt nie będzie mógł zarzucić nam, że poszliśmy na łatwiznę. Tyle że ja nie jestem przekonana, czy rozwój cywilizacji powinien polegać na udowadnianiu, jak bardzo potrafimy się zmęczyć.

    Nie oznacza to oczywiście, że każdą odpowiedź wygenerowaną przez sztuczną inteligencję należy przyjmować bezkrytycznie, ponieważ narzędzia te potrafią się mylić, upraszczać rzeczywistość, a czasem z imponującą pewnością siebie przedstawiać informacje, które z prawdą mają dość luźny związek.

    Tym bardziej potrzebujemy wiedzy, doświadczenia i krytycznego myślenia, żeby odróżnić rzeczywiście wartościowe rozwiązanie od elegancko sformułowanej bzdury ale to nie zmienia faktu, że po raz pierwszy na taką skalę zyskujemy narzędzie, które może pomagać nam nie tylko zdobywać wiedzę, lecz także odnajdywać związki pomiędzy informacjami, których samodzielne połączenie wymagałoby ogromnej ilości czasu. I być może właśnie tutaj kryje się prawdziwa rewolucja. Nie w zastąpieniu człowieka przez maszynę, ale w stworzeniu człowiekowi możliwości rozpoczęcia pracy w miejscu, do którego wcześniej musiałby dochodzić przez znaczną część swojego życia.

    Kiedy wróciłam myślami do rozmowy z bratem, uświadomiłam sobie, że dotychczas traktowałam sztuczną inteligencję przede wszystkim jako narzędzie zwiększające moje indywidualne możliwości, pozwalające mi robić więcej, szybciej i często w obszarach, do których jeszcze niedawno nie miałam dostępu. Tymczasem on zwrócił mi uwagę na coś znacznie szerszego, czyli na możliwość przyspieszenia rozwoju nie pojedynczego człowieka, ale całych pokoleń, które zamiast nieustannie powtarzać drogę swoich poprzedników, mogą coraz częściej rozpoczynać własną dokładnie tam, gdzie tamci się zatrzymali. I pomyślałam na sobie, że w całej tej dyskusji o sztucznej inteligencji, w której jedni widzą koniec świata, a drudzy rozwiązanie wszystkich jego problemów, wyjątkowo rzadko rozmawiamy o tym, co jest przecież naszym najbardziej ograniczonym zasobem.

    O czasie.

    Bo o ile wiedzę możemy przekazywać, doświadczenia gromadzić, a rozwiązania udoskonalać, o tyle żadna technologia nie sprawi, że dostaniemy dodatkowe trzydzieści lat życia tylko dlatego, że akurat zaczęliśmy rozumieć, jak wiele rzeczy chcielibyśmy jeszcze zrobić. Możemy jednak sprawić, że nie będziemy musieli marnować tych, które mamy, na nieustanne odkrywanie tego samego.  Dlatego, kiedy po raz kolejny słyszę, że sztuczna inteligencja odbiera ludziom zdolność samodzielnego myślenia, zastanawiam się, czy przypadkiem nie mylimy samego myślenia z czasem potrzebnym na dotarcie do informacji, bo ja nie chciałabym spędzić reszty życia na udowadnianiu, że potrafię samodzielnie wyważyć drzwi, które ktoś już dawno otworzył.

    Wolałabym sprawdzić, co znajduje się za nimi…..

  • Nigdy już nie zlekceważę nowoczesnego medium ani technologii.

    Nigdy już nie zlekceważę nowoczesnego medium ani technologii.

    Kiedy pojawił się Instagram, byłam już dorosłą kobietą, prowadziłam firmę, miałam klientów, obowiązki, odpowiedzialność i całkiem mocne przekonanie, że na pewne rzeczy jestem po prostu zbyt poważna, a publikowanie zdjęć, pokazywanie codzienności i opowiadanie o sobie w internecie wydawało mi się czymś, co może być zabawne dla innych, ale mnie przecież nie dotyczy, bo ja miałam prawdziwą pracę, prawdziwe problemy i prawdziwy biznes.

    Dzisiaj, kiedy patrzę na to z perspektywy lat, nie potrafię już nawet udawać, że było w tym coś szlachetnego, ponieważ znacznie bliższe prawdy jest stwierdzenie, że zwyczajnie nie zauważyłam, że świat w pewnym momencie przesunął się o kilka metrów dalej, a ja zostałam w miejscu, przekonana, że skoro nadal stoję prosto, to znaczy, że wszystko jest w porządku.

    Nie było.

    Moje lekceważenie internetu, a później mediów społecznościowych, kosztowało mnie dużo więcej, niż wtedy potrafiłam przewidzieć, i nie chodzi wyłącznie o to, że mogłam wcześniej zbudować większe zasięgi, rozpoznawalność czy społeczność wokół swojej marki, bo najboleśniejsze jest zawsze to, czego nie da się później policzyć dokładnie, czyli stracony czas, niewykorzystane możliwości, decyzje, które mogły wyglądać inaczej, i pieniądze, których nikt nie wystawi na fakturze pod nazwą „koszt bycia zbyt poważną”.

    Dlatego kiedy sztuczna inteligencja zaczęła pojawiać się wszędzie, miałam już wystarczająco dużo pokory, żeby nie powiedzieć sobie po raz drugi, że to moda, chwilowa zabawka albo temat dla innych ludzi, ponieważ raz już w życiu uznałam, że przyszłość jest czymś odległym i trochę niepoważnym, a później odkryłam, że przyszłość zdążyła w międzyczasie urządzić sobie mieszkanie, założyć firmę i świetnie sobie radzi bez mojego udziału.

    Tym razem postanowiłam więc nie czekać.

    Od prawie roku uczę się sztucznej inteligencji bardzo intensywnie, wykorzystuję ją w swojej pracy, testuję kolejne narzędzia, popełniam błędy, zachwycam się, złoszczę, zaczynam od początku, a czasami tracę pół dnia na coś, co jeszcze miesiąc później robię w pięć minut, co zresztą jest chyba najbardziej uczciwym opisem uczenia się czegokolwiek po pięćdziesiątce, kiedy człowiek jednocześnie bardzo chce być początkujący i bardzo nie lubi nim być.

    Z czasem zaczęłam też szkolić innych, a największą przyjemność sprawia mi uczenie osób w moim wieku, ponieważ znam ten rodzaj nieufności, z którym patrzy się na nową technologię, szczególnie kiedy ma się za sobą kilka dekad doświadczenia zawodowego i nagle ktoś próbuje nam powiedzieć, że powinniśmy nauczyć się jeszcze jednego systemu, kolejnego programu i nowego języka, podczas gdy my dopiero niedawno pogodziliśmy się z tym, że do lodówki też będzie kiedyś potrzebna aktualizacja.

    I wtedy wydarza się coś, co za każdym razem bardzo mnie bawi, ale też wzrusza, ponieważ osoba, która na początku mówi mi, że się do tego nie nadaje, że to jest za trudne, że ona nie jest techniczna i że pewnie nic z tego nie zrozumie, po godzinie sama zaczyna tworzyć, zadawać pytania i wykorzystywać narzędzie w sposób, który jeszcze chwilę wcześniej uważała za kompletnie niedostępny.

    Właśnie ten moment lubię najbardziej, ponieważ wtedy ktoś nie tylko poznaje sztuczną inteligencję, ale nagle odkrywa, że nie jest tak daleko od współczesnego świata, jak wcześniej myślał, i że czasami wystarczy wejść do środka, zamiast przez rok stać pod drzwiami i tłumaczyć sobie, że pewnie wpuszczają tylko informatyków.

    Im dłużej jednak korzystam ze sztucznej inteligencji, tym mocniej widzę, że najbardziej interesująca nie jest dla mnie jej zdolność do wykonywania zadań, przyspieszania pracy czy zastępowania narzędzi, ponieważ zaczęłam zauważać coś, o czym mówi się znacznie rzadziej, a co w moim przypadku okazało się dużo bardziej osobiste.

    Sztuczna inteligencja zaczęła pokazywać mi moje własne możliwości.

    Nie te, które już znam, nie zawodowe kompetencje, które przez lata zdążyłam sprawdzić na sobie i na innych, ale takie części mnie, które kiedyś mogły się rozwinąć, tylko życie poszło w inną stronę i zwyczajnie nie było dla nich czasu, miejsca ani wystarczająco silnego powodu, żeby je dalej ciągnąć.

    Jednym z takich tematów jest dla mnie muzyka.

    Pochodzę z rodziny, w której muzyka była czymś bardzo obecnym, ponieważ kiedyś znacznie częściej grało się na instrumentach, śpiewało przy różnych okazjach i po prostu miało z muzyką bardziej codzienny kontakt, zanim cały świat przyzwyczaił się, że każdą ciszę należy natychmiast zapełnić ekranem.

    Muzyka gdzieś więc we mnie była, ale później pojawiło się życie, które ma niezwykły talent do porządkowania naszych marzeń według kryterium pilności, więc najpierw trzeba było skończyć szkołę, potem studia, później pracować, prowadzić firmę, wychowywać dzieci, podejmować decyzje i reagować na wszystko, co właśnie się wydarzało, aż pewnego dnia orientujemy się, że rzeczy, które kiedyś były częścią nas, nie zniknęły dlatego, że przestały być ważne, tylko dlatego, że nigdy nie miały czerwonego wykrzyknika.

    A potem pojawia się sztuczna inteligencja i nagle mogę napisać tekst piosenki, stworzyć muzykę, nagrać swój głos, usłyszeć siebie w innym kontekście i przez chwilę sprawdzić, jak mogłoby wyglądać życie, gdybym kiedyś poszła trochę inną drogą.

    Nie dlatego, że chcę dzisiaj zostać zawodową piosenkarką, bo mam jeszcze odrobinę rozsądku, chociaż staram się go nie nadużywać, ale dlatego, że po raz pierwszy mogę zobaczyć jakiś niewykorzystany fragment własnego potencjału nie jako abstrakcyjne „może kiedyś”, tylko jako coś, co naprawdę słyszę, widzę i mogę ocenić.

    I to jest bardzo dziwne uczucie, ponieważ przez lata uczymy się akceptować wszystkie drogi, których nie wybraliśmy, i wmawiamy sobie, że skoro ich nie wybraliśmy, to pewnie nie były nasze, a nagle technologia pozwala na chwilę otworzyć drzwi do pokoju, do którego nigdy nie weszliśmy, i zobaczyć, co mogłoby tam być.

    Podobnie zadziałało to u mnie w zupełnie innym obszarze, czyli w wyglądzie i w tym specyficznym momencie życia kobiety, kiedy nie dzieje się żaden wielki dramat, ale gdzieś po drodze przestaje się chcieć.

    Najpierw trochę mniej chce się malować, później odkłada się farbowanie włosów, następnie człowiek zaczyna zakładać rzeczy przede wszystkim dlatego, że są pod ręką, a potem przychodzi dzień, kiedy patrzy się w lustro i nie ma wielkiego kryzysu, tylko jest coś być może nawet trudniejszego, czyli obojętność.

    W pewnym momencie sama zauważyłam, że przestało mi się chcieć wykonywać wysiłek, którego efektu nie potrafiłam już sobie wyobrazić, i właśnie wtedy wizualizacja zaczęła działać na mnie w sposób, którego kompletnie się nie spodziewałam.

    Kiedy zobaczyłam siebie z włosami, które kiedyś nosiłam, z inną sylwetką, w kolorach, które pamiętałam z wcześniejszych lat, z energią, której nie byłam już pewna, nagle nie zobaczyłam młodszej wersji siebie i wcale nie chodziło mi o cofanie czasu, ponieważ młodość ma wiele zalet, ale ma też tę zasadniczą wadę, że człowiek nie ma pojęcia, co robi.

    Zobaczyłam za to coś, co znałam.

    Siebie, o której trochę zapomniałam.

    I wtedy uświadomiłam sobie, że w moim przypadku wyobrażenie sobie efektu końcowego nie jest próżnością ani fantazją, ale sposobem na uruchomienie działania, ponieważ dopóki nie widzę sensu, trudno mi znaleźć energię, natomiast kiedy zobaczę możliwość, nagle zaczynam zastanawiać się, co mogę zrobić, żeby się do niej zbliżyć.

    Nie wiem, czy działa to na wszystkich i nawet nie próbuję udawać, że odkryłam metodę, którą należałoby teraz opakować w kurs, nadać jej angielską nazwę i sprzedawać za 799 złotych, ponieważ piszę wyłącznie o własnym doświadczeniu, a ono jest takie, że czasami trzeba najpierw zobaczyć siebie po drugiej stronie, żeby w ogóle mieć ochotę ruszyć.

    Być może ktoś inny po zobaczeniu swojej pięknej wizualizacji uzna, że sztuczna inteligencja wykonała już całą robotę, po czym zamknie laptop, zje sernik i będzie równie szczęśliwy, co zresztą także uważam za całkiem rozsądny scenariusz, ale u mnie pojawia się odwrotny mechanizm, ponieważ obraz przyszłości nie zamyka mi drogi, tylko ją otwiera.

    Dlatego dzisiaj coraz mniej interesuje mnie rozmowa o tym, czy sztuczna inteligencja zabierze nam pracę, ponieważ oczywiście część pracy zabierze, część zmieni, część stworzy, a jeszcze większą część zmusi nas po prostu do nauczenia się nowych rzeczy, natomiast znacznie ciekawsze wydaje mi się pytanie, czy dzięki niej nie zobaczymy przypadkiem w sobie czegoś, czego bez niej nigdy nie mielibyśmy okazji sprawdzić.

    Być może ktoś pierwszy raz napisze książkę, chociaż przez trzydzieści lat powtarzał, że nie umie pisać.

    Być może ktoś zrobi film, chociaż nigdy nie miał pieniędzy ani zespołu, żeby go stworzyć.

    Być może ktoś usłyszy własną muzykę, choć przez całe życie uważał, że ten pociąg już dawno odjechał.

    Być może ktoś zobaczy siebie po zmianie i po raz pierwszy od dawna uwierzy, że warto do tej zmiany dojść.

    Dla mnie właśnie w tym jest dzisiaj największa siła sztucznej inteligencji, ponieważ ona nie tylko pozwala mi robić szybciej rzeczy, które już znam, ale czasami daje mi możliwość spotkania z kobietą, którą mogłam zostać, z kobietą, którą kiedyś byłam, i z kobietą, którą być może jeszcze mogę być.

    Kiedyś zlekceważyłam jedną wielką zmianę, ponieważ byłam przekonana, że mnie nie dotyczy, i nie chcę już drugi raz popełnić tego samego błędu, ale dzisiaj chodzi mi o coś więcej niż biznes, pieniądze czy przewagę konkurencyjną, ponieważ pierwszy raz od bardzo dawna mam poczucie, że nowe technologie nie tylko zabierają nam kawałki dawnego świata, ale potrafią też oddać nam kawałki nas samych.

    Takie, o których już nie pamiętaliśmy.

    Takie, które kiedyś odłożyliśmy na później.

    I takie, które być może dopiero czekały, aż wreszcie będziemy miały narzędzia, żeby je zobaczyć.

    A ja po latach naprawdę nie chcę już stać z boku i mówić, że jestem na coś zbyt poważna, ponieważ życie nauczyło mnie, że czasami dokładnie w tych rzeczach, które na początku wyglądają jak zabawa, ukrywa się zmiana, która później okazuje się bardzo poważna.

    Tym razem chcę być w środku.

  • Wyszłam za mąż. Już nie wracam.

    Kiedy po raz kolejny usłyszałam piosenkę Ewy Bem Wyszłam za mąż, zaraz wracam, pomyślałam sobie, że są takie utwory, które człowiek zaczyna rozumieć dopiero wtedy, kiedy życie zdąży mu kilka rzeczy wytłumaczyć w sposób zdecydowanie mniej subtelny niż muzyka, ponieważ kiedy ma się dwadzieścia lat, ten tytuł brzmi jak dowcip, kiedy ma się trzydzieści, zaczyna przypominać ostrzeżenie, a kiedy ma się za sobą jedno małżeństwo, które dało naprawdę solidnie w kość, nagle człowiek orientuje się, że być może nie słucha piosenki, tylko bardzo skróconej instrukcji ewakuacyjnej.

    Bo przecież w samym tym zdaniu jest wszystko, czego trochę się boimy, kiedy podejmujemy decyzję, która z założenia ma być na zawsze, czyli wielkie wejście, piękna deklaracja, przekonanie, że tym razem na pewno wiemy, co robimy, a gdzieś z tyłu głowy bardzo dyskretna myśl, czy przypadkiem nie zostawiliśmy sobie otwartego okna, przez które w razie czego da się jeszcze wydostać bez większego hałasu i bez tłumaczenia całej rodzinie, dlaczego plan idealny okazał się mniej idealny, niż wyglądał na zdjęciach.

    Przez długi czas uważałam, że ten dystans do małżeństwa jest całkiem rozsądny, a nawet świadczy o dojrzałości, bo skoro raz człowiek przekonał się, że coś, co miało być bezpiecznym portem, może zacząć przypominać rejs w sztormie bez mapy, radaru i załogi, która ma ochotę współpracować, to trudno oczekiwać, że następnym razem wejdzie na pokład z tym samym entuzjazmem i jeszcze samodzielnie zaproponuje, żeby wypłynąć dalej.

    Moje pierwsze małżeństwo nauczyło mnie bardzo wielu rzeczy, chociaż większość z tych lekcji chętnie zamieniłabym wtedy na mniej kosztowny kurs weekendowy, ponieważ człowiek zdecydowanie szybciej przyswaja wiedzę o granicach, szacunku, samotności we dwoje i o tym, że nie wszystko da się uratować samą dobrą wolą, kiedy płaci za nią spokojem, zaufaniem i sporą częścią własnej wiary w ludzi.

    Dzisiaj jednak nie patrzę na tamten czas wyłącznie jak na krzywdę, chociaż byłabym bardzo nieuczciwa wobec samej siebie, gdybym próbowała udawać, że nic się nie stało, ponieważ stało się wystarczająco dużo, żebym przez długi czas sądziła, że może po prostu nie nadaję się do małżeństwa, a może małżeństwo nie nadaje się do mnie, co zresztą wydawało mi się nawet całkiem logicznym wnioskiem, skoro dużo łatwiej było mi prowadzić firmę, rozwiązywać kolejne kryzysy, projektować ubrania i wymyślać nowe przedsięwzięcia niż zbudować codzienność, w której dwoje ludzi czuje się równie ważnych, równie bezpiecznych i równie odpowiedzialnych za to, co tworzą.

    Z czasem zrozumiałam jednak, że problem nie zawsze polega na tym, że ktoś nie nadaje się do związku, ponieważ czasami po prostu dwoje ludzi nie nadaje się dla siebie nawzajem, i nie trzeba od razu budować opowieści, w której jedna osoba zostaje potworem, a druga świętą, bo życie zazwyczaj nie jest aż tak dobrze uporządkowane, a ludzie bywają wystarczająco skomplikowani, żeby być dobrymi osobami i jednocześnie bardzo złymi partnerami dla konkretnego człowieka.

    Nie lubię też myślenia, że poprzednie relacje były wyłącznie stratą czasu, bo nawet jeśli niektóre doświadczenia najchętniej zwrócilibyśmy do sklepu z dopiskiem, że produkt zdecydowanie nie odpowiadał opisowi, to właśnie one uczą nas, czego nie chcemy już nigdy więcej, na co nie będziemy się godzić, czego sami musimy się nauczyć i dlaczego szacunek, spokój oraz zwykła życzliwość są warte znacznie więcej niż wielkie deklaracje, które bardzo dobrze brzmią, ale niestety nie zawsze mają pokrycie w codzienności.

    Być może właśnie dlatego oboje z moim mężem tak bardzo doceniamy to, co udało nam się zbudować, ponieważ każde z nas przyszło do tej relacji z własnym bagażem, własnymi bliznami i własnym przekonaniem, że już nigdy więcej nie pozwoli sobie na pewne rzeczy, a jednak zamiast zamknąć drzwi na wszystkie możliwe zamki, zdecydowaliśmy się zostawić je dla siebie otwarte.

    I nie chodzi o to, że teraz wszystko jest idealne, bo idealne związki istnieją głównie w reklamach, w filmach romantycznych i na zdjęciach robionych pięć minut po kłótni, kiedy obie strony zgodnie uznają, że świat nie musi wiedzieć, że właśnie pokłóciły się o coś tak ważnego jak źle odłożony kubek, lecz o to, że pierwszy raz nie czuję potrzeby sprawdzania, gdzie znajduje się wyjście awaryjne.

    Mam nadzieję, że jeszcze przez bardzo długie lata będę mogła denerwować mojego męża kolejnymi pomysłami, przekonywać go, że następna lampa do studia jest inwestycją absolutnie niezbędną, zaczynać rozmowy od słów „mam tylko jeden pomysł”, chociaż oboje wiemy, że po tym zdaniu zwykle pojawia się cały projekt, kosztorys i termin realizacji, a on będzie mi nadal przypominał, że świat naprawdę nie kończy się wtedy, kiedy coś nie idzie zgodnie z planem, choć ja oczywiście jeszcze przez chwilę będę próbowała udowodnić, że jednak istnieją sytuacje, w których kończy się przynajmniej odrobinę.

    I kiedy dziś słucham piosenki Ewy Bem, uśmiecham się już trochę inaczej, ponieważ rozumiem jej ironię, rozumiem potrzebę wolności, rozumiem również ten odruch, żeby zostawić sobie możliwość powrotu, ale po wszystkich swoich doświadczeniach mam ochotę odpowiedzieć jej po swojemu, że ja też wyszłam za mąż, tylko że tym razem nie zamierzam wracać.

    Nie dlatego, że nie mogę, ale dlatego, że nie chcę, ponieważ po wszystkich wcześniejszych zakrętach, objazdach, lekcjach i rozczarowaniach w końcu spotkałam człowieka, przy którym małżeństwo nie jest miejscem, z którego trzeba szukać drogi ucieczki, ale przestrzenią, do której chciałabym wracać każdego dnia, i jeśli życie pozwoli, chciałabym zostać w niej aż do końca świata, nawet jeśli po drodze będziemy się czasem spierać o rzeczy tak fundamentalne jak liczba lamp w studiu.

  • Nie konkuruję! Tworzę własną kategorię!

    Kiedy mój dobry Anioł Anna Lukas | TWÓRCZYNI NEUROKĄPIELI ™ podarowała i w prezencie szkolenie u Marceliny Rawki, żeby wyrwać mnie z marazmu, w którym wtedy byłam, nie sądziłam, że przywiozę stamtąd tak wiele inspiracji, a szczególnie jedną, która zostanie ze mną na dobre, choć była tylko niewielkim kartonikiem leżącym na stole…

    Każda z nas miała inną sentencję i moja brzmiała: „Nie konkuruję. Tworzę własną kategorię.”

    Najpierw przeczytałam ją z uśmiechem, a chwilę później dotarło do mnie, że właściwie od zawsze tak wygląda moje życie, tylko nigdy wcześniej nie potrafiłam tego tak trafnie nazwać.

    Nigdy nie miałam potrzeby ścigania się z innymi, ani jako człowiek, ani jako przedsiębiorczyni, ani jako projektantka. Zamiast sprawdzać, kto jest przede mną, zdecydowanie częściej zastanawiałam się, czy nie warto skręcić w drogę, którą jeszcze nikt nie poszedł. To oczywiście jest mniej rozsądne, bardziej pracochłonne i zdecydowanie bardziej ryzykowne, bo kiedy tworzysz własną kategorię, nie możesz podpatrzeć odpowiedzi u sąsiada, ale właśnie ta niepewność chyba najbardziej mnie napędza.

    W sobotę prowadziłam szkolenie i, słuchając kobiet siedzących naprzeciwko mnie, zdałam sobie sprawę, że wcale przypadkiem nie otaczam się ludźmi podobnymi do siebie. To były kobiety, które nie szukają gotowych przepisów na życie, tylko próbują pisać własne, nawet jeśli oznacza to więcej pracy, więcej wątpliwości i znacznie mniej wygodnych skrótów.

    Pomyślałam wtedy, że jestem naprawdę w dobrym miejscu, bo każda z nas tworzyła coś, czego nie da się porównać z niczym innym, a może właśnie na tym polega największy luksus, żeby nie próbować wygrać cudzego wyścigu, tylko zbudować własną drogę, na której konkurencja zwyczajnie przestaje mieć znaczenie.

    I chyba dlatego ta mała kartka wylądowała u mnie w domu, bo nie była motywacyjnym hasłem, tylko przypomnieniem czegoś, co od dawna robiłam intuicyjnie. Nie konkuruję. Tworzę własną kategorię!

  • O słabości, której nikt nie chce oglądać

    Pamiętam bardzo dokładnie ten moment, w którym byłam przekonana, że właśnie sprytnie wymknęłam się rzeczywistości, która zaczynała mnie doganiać, ponieważ stojąc jeszcze jedną nogą w branży reklamowej, w której przez lata funkcjonowałam z pełnym poczuciem kompetencji i sprawczości, zaczęłam widzieć coraz wyraźniej, że przy stole decyzyjnym siadają ludzie młodsi ode mnie o dekadę, szybsi, bardziej naturalni w świecie, który dla mnie wciąż był narzędziem, a dla nich był środowiskiem życia, i wtedy z bardzo racjonalnym spokojem kobiety, która nie ma już dwudziestu lat i nie udaje, że wszystko da się nadrobić entuzjazmem, postanowiłam, że znajdę sobie inną przestrzeń, taką bardziej moją, bardziej osadzoną, mniej zależną od wieku, bardziej zależną od doświadczenia.

    I wtedy pojawiła się moda, która nie przyszła do mnie w żadnym romantycznym uniesieniu, tylko raczej weszła bocznymi drzwiami przez biżuterię, przez nieudane próby z torebkami, przez projekty, które miały być czymś innym, a ostatecznie stały się czymś zupełnie nowym, i ja w to weszłam z impetem, z przekonaniem graniczącym z arogancją, że czterdziestoletnia kobieta, która ma za sobą życie, decyzje, błędy i ich konsekwencje, ma dużo większe prawo mówić o kobiecości niż dziewczyna, która dopiero się jej uczy.

    Przez chwilę naprawdę wyglądało na to, że to działa, że to jest dobry wybór, że ja się w tym odnajduję, że klientki to czują, że relacja, rozmowa, obecność w realnym miejscu, w którym ktoś siada naprzeciwko ciebie i mówi o sobie więcej niż planował, jest czymś, czego żadna technologia nie zastąpi. A potem przyszedł moment, w którym świat powiedział sprawdzam, tylko nie uprzedził, że zmienił zasady gry, i nagle okazało się, że wszystko to, od czego próbowałam uciec, wróciło do mnie w formie dużo bardziej bezwzględnej, bo Instagram i Facebook przestały być dodatkiem, a stały się podstawą, i nie było już znaczenia, jak dobrze radzisz sobie w realnym kontakcie, jeśli nie potrafisz istnieć w kwadracie na ekranie telefonu.

    I wtedy zaczyna się ta część historii, o której nikt nie opowiada z przyjemnością, bo nie ma w niej ani lekkości, ani inspiracji, tylko jest bardzo dużo pracy, bardzo dużo frustracji i bardzo dużo momentów, w których masz ochotę przyznać, że jesteś spóźniona na własne życie zawodowe, tylko nie robisz tego, bo wiesz, że nikt za ciebie tego nie nadrobi. Więc uczysz się wszystkiego od nowa, tylko że nie masz dwudziestu lat, tylko masz doświadczenie, które z jednej strony pomaga, a z drugiej przeszkadza, bo widzisz więcej, analizujesz więcej i dużo szybciej orientujesz się, ile to wszystko kosztuje, więc zostajesz jednocześnie fotografem, marketingowcem, modelką, sprzedawcą, strategiem, i robisz to nie dlatego, że to jest twoje marzenie, tylko dlatego, że nie masz wyjścia.

    I kiedy już zaczynasz oddychać w tym tempie, kiedy zaczynasz łapać rytm, kiedy zaczynasz wierzyć, że może jednak dasz radę doskoczyć, przychodzi pandemia, która zamyka świat, tylko nie zamyka zobowiązań, więc reorganizujesz wszystko, zmieniasz kierunek, produkujesz rzeczy, które mają sens w nowej rzeczywistości, i znowu przez chwilę jesteś z siebie zadowolona, bo zareagowałaś szybko, bo nie spanikowałaś, bo przetrwałaś. A potem przychodzi wojna u sąsiadów i nagle okazuje się, że przetrwanie to jest bardzo względne pojęcie, bo siedzisz w miejscu, w którym z jednej strony ludzie walczą o życie, a z drugiej ty masz opublikować zdjęcie sukienki i napisać, że warto ją mieć, i w tym momencie orientujesz się, że twoja branża ma bardzo ograniczoną zdolność do bycia moralnie komfortową.

    Możesz wtedy zrobić tylko jedną rzecz, czyli pracować dalej, tylko jeszcze więcej, jeszcze dłużej, jeszcze ciszej, bo nie bardzo masz przestrzeń na rozkładanie swoich wątpliwości na czynniki pierwsze, więc pracujesz po kilkanaście godzin, optymalizujesz każdy element, zarządzasz energią jak zasobem strategicznym i przede wszystkim nie przestajesz się uśmiechać, bo bardzo szybko rozumiesz, że w tej branży uśmiech nie ma nic wspólnego z tym, co czujesz. Przez długi czas to działa, bo masz w sobie ogromne wiaderko energii, które pozwala ci nie tylko utrzymać siebie, ale też zasilać innych, podtrzymywać, wspierać, ciągnąć rzeczy, które nie powinny być na twojej odpowiedzialności, tylko że w pewnym momencie organizm przestaje być twoim sprzymierzeńcem i zaczyna być twoim ograniczeniem. I to jest moment, w którym przestajesz być bohaterką własnej historii, a zaczynasz być kimś, kto musi bardzo brutalnie przyznać, że nie da się już unieść wszystkiego, że trzeba odpuścić ludzi, sytuacje, zobowiązania, że trzeba wyczyścić przestrzeń i zostawić tylko to, co jest absolutnie konieczne.

    Porządkujesz, upraszczasz, zawężasz, i przez chwilę nawet wydaje ci się, że odzyskujesz kontrolę, tylko że równolegle dzieje się coś, czego nie da się uporządkować tabelą ani strategią, bo zaczyna spadać twoja energia, zaczyna zmieniać się twoja gotowość do bycia dla innych, zaczyna się pojawiać zmęczenie, którego nie da się zaspać ani zamaskować kawą. I wtedy dochodzisz do wniosku, który jest tak nieprzyjemny, że najchętniej byś go nie formułowała, tylko że nie masz już tego luksusu.

    W tej branży nie możesz pozwolić sobie na słabość.

    Nie dlatego, że ktoś ci to powie wprost, tylko dlatego, że kiedy przestajesz wyglądać na osobę, która ma energię, która ma kontrolę, która ma sukces, to przestajesz być interesująca, a kiedy przestajesz być interesująca, to przestajesz sprzedawać, i to się dzieje bez ostrzeżenia, bez empatii i bez żadnego marginesu na tłumaczenia. Ludzie nie chcą oglądać zmęczenia, nie chcą oglądać smutku, nie chcą oglądać prawdy, która nie jest atrakcyjna wizualnie, bo ubrania kupuje się od tych, którzy wyglądają na spełnionych, nawet jeśli to spełnienie jest tylko dobrze zagranym obrazem.

    Więc wstajesz, myjesz włosy, robisz makijaż, ubierasz się tak, jak wymaga tego twoja marka, patrzysz w kamerę i uśmiechasz się dokładnie wtedy, kiedy trzeba, niezależnie od tego, czy masz na to ochotę, czy nie masz na to siły, bo bardzo szybko rozumiesz, że twój nastrój nie jest częścią produktu.I możesz oczywiście próbować to zmienić, możesz próbować być autentyczna w sposób, który nie jest estetyczny, możesz pokazywać wszystko, tylko że rynek nie jest miejscem, które nagradza odwagę w każdej formie, tylko nagradza to, co jest dla niego użyteczne.

    To jest moment, w którym przestajesz zadawać sobie pytanie, czy to jest fair, tylko zaczynasz zadawać sobie pytanie, czy jesteś w stanie w tym uczestniczyć na własnych zasadach, wiedząc dokładnie, jakie są konsekwencje.

    Bo to nie jest historia o tym, że trzeba być silną. To jest historia o tym, że jeśli wybierasz zawód, to razem z nim wybierasz cały zestaw cech, do których będziesz musiała nieustannie doskakiwać, niezależnie od tego, czy masz na to ochotę, czy właśnie kończy ci się paliwo, bo tak jak dziennikarz musi mieć lekkie pióro i zdolność formułowania myśli nawet wtedy, kiedy głowa odmawia współpracy, tak jak sportowiec musi mieć fizyczną wytrzymałość i trenować wtedy, kiedy ciało najchętniej zostałoby w spokoju, tak jak naukowiec musi mieć zdolność analizy i intelektualną sprawność nawet wtedy, kiedy świat wokół przestaje być logiczny, tak ja muszę być zawsze w gotowości, z umytą głową, ze szczupłą sylwetką utrzymywaną gdzieś pomiędzy treningiem a wizytą u manikiurzystki, świetnie ubrana, spójna z własną marką i uśmiechnięta dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

    Ta refleksja, choć jest trudna, niewygodna i momentami zwyczajnie przykra, dała mi jedną bardzo konkretną odpowiedź, że jeżeli chcę utrzymać się na tym oceanie, który nie ma litości ani dla zmęczenia, ani dla chwilowego braku formy, to nie mam innej drogi niż nauczyć się w nim pływać dokładnie tak, jak on tego wymaga…

  • O granicach, prostytucji i pracy w usługach.

    Są takie zdania, które brzmią niekomfortowo już na poziomie samego ich wypowiedzenia i jednym z nich jest to, że praca w usługach jest w gruncie rzeczy bardzo bliska prostytucji, tylko że zamiast ciała sprzedaje się swój czas, uwagę, dostępność, cierpliwość i gotowość do spełniania cudzych oczekiwań, a całość odbywa się w znacznie bardziej eleganckiej oprawie, z terminalem płatniczym zamiast negocjacji przy stoliku.

    Z biegiem lat, wraz z kolejnymi klientkami, rozmowami, przymiarkami i tym całym teatrem uprzejmości, który nazywamy elegancko „obsługą klienta”, zaczęłam dochodzić do wniosku, który nie jest ani szczególnie wygodny, ani specjalnie ładny w opakowaniu, ale za to ma tę nieznośną cechę prawdy, że praca w usługach ma w sobie coś niepokojąco bliskiego prostytucji, tylko zamiast ciała sprzedaje się czas, uwagę, cierpliwość, a czasem niestety również własną godność, oczywiście wszystko elegancko rozliczone płatnością kartą.

    I zanim ktoś się oburzy, że porównanie jest przesadne, to pozwolę sobie zauważyć, że mechanizm jest boleśnie podobny, ponieważ pojawia się ktoś, kto płaci i w związku z tym zaczyna sprawdzać, gdzie dokładnie przebiega granica tego, co kupił, a my, jako usługodawczynie, stoimy w tym wszystkim z uśmiechem, który z każdą kolejną sytuacją staje się coraz bardziej zawodowy, czyli coraz mniej prawdziwy, i próbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, które brzmi zaskakująco prosto, ale w praktyce okazuje się wyjątkowo niewygodne, czyli na ile jeszcze jesteśmy w stanie się zgodzić, żeby nadal móc spojrzeć na siebie bez lekkiego grymasu.

    Ponieważ pracuję głównie z kobietami, to nie będę udawała, że mam kompetencje do analizowania całego świata usług, więc zostanę przy tym wycinku rzeczywistości, który znam aż za dobrze, czyli przy kobietach w różnym wieku, z różnym bagażem doświadczeń, z różnym statusem materialnym, ale zaskakująco podobnym przekonaniem, że skoro coś kosztuje, to w pakiecie powinno być również prawo do przekraczania granic drugiego człowieka, oczywiście w sposób subtelny, elegancki i najlepiej taki, który można jeszcze nazwać „wymaganiem wysokiego standardu”.

    I tutaj pojawia się moment, który z perspektywy czasu wydaje mi się niemal komiczny, gdy przypominam sobie siebie sprzed kilku lat, kiedy z uporem godnym lepszej sprawy ignorowałam pierwsze sygnały ostrzegawcze, tłumacząc je sobie doświadczeniem, zmęczeniem klientki albo po prostu „trudnym charakterem”, jakby trudny charakter był jakimś rzadkim schorzeniem, które należy leczyć zwiększoną dawką mojej cierpliwości, zamiast zwyczajnie uznać, że to nie jest relacja, w którą chcę inwestować swój czas i energię.

    Dzisiaj widzę to znacznie wyraźniej, ponieważ te tak zwane red flagi mają tę nieprzyjemną właściwość, że pojawiają się bardzo wcześnie i mówią dokładnie to, co później i tak się wydarzy, tylko że wtedy są jeszcze ciche, uprzejme i często opakowane w urok osobisty, który przez chwilę potrafi nas rozbroić, a my, w imię profesjonalizmu, otwartości i oczywiście pieniędzy, robimy ten jeden krok za daleko, który później trzeba odkręcać tygodniami.

    I oczywiście można sobie opowiadać historię o tym, że każda klientka jest wyzwaniem, że rozwijamy się dzięki trudnym sytuacjom i że profesjonalizm polega na tym, żeby poradzić sobie z każdym, ale jest w tym pewien moment, w którym to wszystko zaczyna brzmieć jak bardzo elegancka wersja zdania „zgadzam się na więcej, niż powinnam, bo ktoś za to płaci”, a to już przestaje być rozwój, a zaczyna być powolne przesuwanie własnych granic w kierunku, który trudno nazwać zdrowym.

    Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że intuicja działa zaskakująco dobrze i naprawdę nie trzeba wielu lat doświadczenia, żeby poczuć, że coś jest nie tak, tylko że my, jako osoby pracujące w usługach, mamy wyjątkową zdolność do negocjowania z własnym przeczuciem, jakby ono było tylko sugestią, a nie informacją, i potrafimy je skutecznie zagadać logiką, potrzebą zarobku albo zwyczajnym „dam radę”, które brzmi pięknie do momentu, aż rzeczywiście trzeba tę radę dać.

    Dlatego coraz częściej dochodzę do wniosku, który jeszcze kilka lat temu wydawał mi się zbyt radykalny, że selekcja klientek nie jest żadną fanaberią ani oznaką braku pokory wobec rynku, tylko podstawowym narzędziem dbania o jakość pracy, zdrowie psychiczne zespołu i zwykły ludzki szacunek do samej siebie, ponieważ relacja usługowa, mimo że oparta na pieniądzu, nadal pozostaje relacją między dwoma ludźmi i jeśli jedna ze stron uznaje, że płatność daje jej prawo do przekraczania granic, to druga strona ma pełne prawo powiedzieć „nie” zanim ta granica zostanie przesunięta po raz kolejny.

    I być może największą ironią całej tej sytuacji jest to, że dokładnie to, o czym mowa, czyli uważne i konsekwentne dobieranie klientek, zaczyna bezpośrednio przekładać się na jakość pracy dla tych kobiet, które wracają, które są sprawdzone i których oczekiwania mieszczą się w zakresie, który jesteśmy w stanie realnie spełniać, a nawet z czasem przekraczać, ponieważ to właśnie w tych relacjach pojawia się przestrzeń na rozwój, dopracowywanie detali i podnoszenie poziomu, który nie jest już reakcją na problem, tylko świadomym działaniem skierowanym do osób, z którymi współpraca ma sens.

    Więc jeśli miałabym zostawić siebie sprzed lat z jedną myślą, to byłoby to zdanie, które brzmi mało romantycznie, ale za to bardzo praktycznie, że nie wszystko, za co ktoś jest gotów zapłacić, jest czymś, co warto sprzedać, a już na pewno nie wtedy, kiedy ceną zaczyna być własna godność, która, w przeciwieństwie do większości usług, nie powinna mieć cennika…

  • O tym jak zmieniłam empatie nieograniczoną na empatię selektywną.

    Przez bardzo długi czas wydawało mi się, że bycie dobrą osobą polega na tym, żeby być dostępną, uważną, cierpliwą i gotową przyjąć wszystko, co ktoś przynosi, niezależnie od tego, czy są to emocje, historie, dramaty, czy wielokrotnie odtwarzane opowieści o tym samym problemie, który z niewiadomych przyczyn pozostaje nierozwiązany od lat, choć teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przestał istnieć poza głową jego właściciela.

    Z czasem jednak zaczęłam zauważać pewną niepokojącą prawidłowość, polegającą na tym, że empatia w swojej nieograniczonej formie bardzo często nie jest ani szlachetna, ani głęboka, ani nawet szczególnie pomocna, tylko staje się wygodnym systemem dystrybucji cudzych problemów, w którym jedna osoba produkuje napięcie, druga je przyjmuje, a żadna z nich nie wykonuje ruchu, który mógłby doprowadzić do realnej zmiany sytuacji.

    I wtedy pojawia się moment, który nie jest ani spektakularny, ani szczególnie romantyczny, tylko raczej cichy, chłodny i bardzo trzeźwy, w którym zaczynasz rozumieć, że niektóre relacje nie są relacjami, tylko kanałami odprowadzającymi cudze emocje do pierwszej dostępnej osoby, która jeszcze ma wystarczająco dużo siły, żeby je udźwignąć, a ponieważ przez lata ćwiczyłaś się w byciu tą osobą, system działa bez zarzutu, aż do momentu, w którym przestaje działać Twoje ciało, Twoja głowa albo Twoja cierpliwość.

    I to jest właśnie ten moment, w którym empatia przestaje być cnotą, a zaczyna być brakiem granic.

    Nie chodzi o to, żeby przestać rozumieć ludzi, bo rozumienie jest jedną z najbardziej użytecznych umiejętności, jakie można posiadać, tylko o to, żeby przestać brać odpowiedzialność za coś, co nie jest Twoje, co zostało wytworzone przez kogoś innego i co najczęściej mogłoby zostać rozwiązane przez tę samą osobę, gdyby tylko była tym rzeczywiście zainteresowana, a nie wyłącznie zainteresowana opowiadaniem o tym w nieskończoność.

    Empatia selektywna nie polega na tym, że nagle stajesz się chłodna, zdystansowana i niedostępna, tylko na tym, że zaczynasz odróżniać ludzi, którzy są w procesie, od ludzi, którzy są w pętli, i to jest rozróżnienie, które zmienia wszystko, ponieważ ludzie w procesie mogą być zmęczeni, zagubieni, czasem nawet nieznośni, ale wykonują ruch do przodu, natomiast ludzie w pętli są niezwykle konsekwentni w powtarzaniu tych samych historii, z tym samym zakończeniem, przy czym jedyną zmienną w tej opowieści jesteś Ty, która za każdym razem słuchasz jej od początku.

    W pewnym momencie zaczynasz też zauważać, że Twoje środowisko nie jest przypadkowe, tylko jest wypadkową Twoich zgód, Twoich reakcji i Twojej dostępności, a skoro tak, to oznacza, że możesz je zmienić, co oczywiście nie jest szczególnie komfortowe, bo wymaga od Ciebie powiedzenia kilku rzeczy, których wcześniej nie mówiłaś, oraz wycofania się z kilku relacji, które przez długi czas funkcjonowały na zasadzie jednostronnego transferu energii.

    I wtedy okazuje się, że największym luksusem nie jest wcale czas ani pieniądze, tylko obecność ludzi, którzy nie przychodzą do Ciebie po to, żeby zostawić swoje problemy, tylko po to, żeby coś razem zbudować, stworzyć albo przynajmniej przez chwilę pobyć w przestrzeni, w której nikt nikogo nie obciąża tym, co mógłby unieść sam.

    Empatia selektywna nie jest więc odrzuceniem ludzi, tylko wyborem kierunku, w którym chcesz iść, oraz decyzją, że nie wszystko, co do Ciebie przychodzi, musi zostać przez Ciebie przyjęte, przetworzone i oddane w lepszym stanie, bo to nie jest Twoja rola, nawet jeśli przez lata wydawało Ci się, że właśnie na tym polega bycie dobrą osobą.

    I być może najbardziej zaskakujące w tym wszystkim jest to, że kiedy przestajesz być dostępna dla chaosu, zaczynasz być dostępna dla spokoju, a kiedy przestajesz rozwiązywać cudze problemy, zaczynasz wreszcie zajmować się własnym życiem, które, jak się okazuje, całkiem nieźle znosi fakt, że nie jest już projektem zbiorowym.

  • O pedantyzmie.

    Przez bardzo długi czas funkcjonowałam w dość eleganckim, choć mało efektywnym układzie, w którym nie miałam najmniejszego problemu z pomysłami, za to miałam ogromny problem z ich publikowaniem, co oczywiście można sobie bardzo wygodnie tłumaczyć dbałością o jakość, estetykę i poziom, a w praktyce oznacza to po prostu wieloletnie, konsekwentne odkładanie rzeczy na później w imię bliżej nieokreślonej doskonałości.

    Bo ja naprawdę pracowałam nad tym, co miało się pojawić na Instagramie, tylko że ta praca polegała głównie na analizowaniu każdego detalu, który z jakiegoś powodu nie spełniał moich własnych, dość bezwzględnych kryteriów, więc widziałam każdy odstający włos, każdą szminkę, która była minimalnie za chłodna albo zbyt ciepła, każdą świecącą się partię twarzy, która w moim odczuciu nie powinna się świecić w ogóle, mimo że najwyraźniej miała na ten temat inne zdanie.

    Patrzyłam na siebie i na swoje materiały z taką dokładnością, jakby od tego zależała co najmniej reputacja całego przemysłu wizualnego, i za każdym razem znajdowałam wystarczająco dobry powód, żeby niczego nie opublikować, bo coś było jednocześnie za bardzo i za mało, zbyt dopracowane albo niewystarczająco naturalne, zbyt przemyślane albo zbyt przypadkowe, co w pewnym momencie zaczyna już bardziej przypominać systemowe sabotowanie samej siebie niż jakąkolwiek realną pracę nad jakością.

    I to nie był problem braku treści, ponieważ treści miałam zdecydowanie więcej, niż byłam w stanie udźwignąć, tylko problem polegał na wizji, a właściwie na napięciu pomiędzy tym, jak ta wizja wyglądała w mojej głowie, a tym, co byłam w stanie realnie wyprodukować w pojedynkę, patrząc jednocześnie na świat, w którym materiały tworzone są przez całe zespoły ludzi, przy użyciu światła, sprzętu, doświadczenia i budżetów, których nie miałam, nie planowałam mieć i szczerze mówiąc nie miałam też ochoty wchodzić w ten model pracy.

    Więc zrobiłam coś, co z perspektywy czasu wydaje się logiczne, choć wtedy wydawało się raczej naturalne, mianowicie zatrzymałam się całkowicie, uznając, że skoro nie jestem w stanie doskoczyć do poziomu, który sama uznaję za wystarczający, to nie ma większego sensu robić czegokolwiek.

    I w tym dość wygodnym zawieszeniu przyszła cała ta sztuczna inteligencja, która według wielu miała odebrać ludziom pracę, sens i być może jeszcze kilka innych rzeczy przy okazji, a u mnie zrobiła coś znacznie prostszego, bo zdjęła ze mnie konieczność nieustannego tłumaczenia komuś, co dokładnie mam na myśli i dlaczego ten konkretny odcień, to konkretne światło i ten konkretny nastrój mają znaczenie.

    Nagle okazało się, że to, co do tej pory było zamknięte w mojej głowie jako wizja trudna do przełożenia na język zrozumiały dla innych, może zostać po prostu wyciągnięte na zewnątrz w formie, która jest wystarczająco bliska temu, co miałam na myśli, bez konieczności negocjowania, poprawiania, tłumaczenia i wchodzenia w ten cały komunikacyjny chaos, który zawsze kończy się kompromisem, a kompromis w estetyce rzadko bywa czymś, co warto celebrować.

    To było trochę jak ten pierścień Arabelli, tylko w wersji mniej baśniowej, a bardziej technologicznej, gdzie zamiast zaklęcia pojawia się dobrze sformułowane zdanie, a zamiast magii działa system, który po prostu realizuje to, co jesteś w stanie sobie wyobrazić.

    I w tym momencie zrozumiałam coś, co nie było szczególnie wygodne, ale było bardzo konkretne, mianowicie że problemem nigdy nie była jakość moich treści, tylko to, że nie byłam w stanie nadać im formy, którą sama uznałabym za wystarczającą, żeby je pokazać światu bez wewnętrznego sprzeciwu.

    A teraz mogę.

    Co wcale nie oznacza, że wszystko nagle stało się idealne, bo nie stało się i raczej nie stanie, ale oznacza, że rzeczy zaczęły w ogóle istnieć, a to jest jednak dość istotna różnica, szczególnie jeżeli wcześniej istniały wyłącznie w głowie, w bardzo dopracowanej, ale całkowicie niewidocznej wersji.

    Dlatego mój stosunek do nowoczesnych narzędzi jest dość prosty i pozbawiony większych emocji, ponieważ nie traktuję ich ani jako zagrożenia, ani jako zbawienia, tylko jako możliwości, z którą można zrobić dokładnie to samo, co ze wszystkim innym, czyli można ją zignorować, stojąc dalej przed lustrem i poprawiając szminkę po raz kolejny, albo można z niej skorzystać i w końcu powiedzieć to, co od dawna było gotowe, tylko nigdy nie miało odpowiedniej formy.

  • O pasji i presji, które rzadko chodzą razem!

    Pamiętam siebie sprzed kilku lat, siedzącą po nocach nad projektami, z głową pełną pomysłów i bardzo naiwnym przekonaniem, że jeśli tylko będę wystarczająco pracowita, wystarczająco zaangażowana i wystarczająco zakochana w tym, co robię, to świat modowy uprzejmie zrobi mi miejsce przy stole.

    Dziś patrzę na to z pewnym rozbawieniem, dokładnie tym samym, które widzę czasem w oczach ludzi z większym doświadczeniem, kiedy spotykają kogoś, kto dopiero zaczyna i jeszcze nie wie, że pasja ma dość ograniczoną odporność na zderzenie z rzeczywistością.

    Bo jest taki moment, który przychodzi cicho i bez zapowiedzi, kiedy zamiast ekscytacji pojawia się presja, głównie finansowa, i nagle okazuje się, że to, co miało być źródłem energii, zaczyna być zadaniem do wykonania, najlepiej skutecznie i na czas.

    I wtedy zaczyna się drugi etap, mniej romantyczny, ale za to dużo bardziej prawdziwy.

    Z roku na rok, z sezonu na sezon próbuję nadążyć za tempem dużych firm sieciowych, które działają szybciej, taniej i na skalę, której nie da się nawet sensownie porównać do małej, autorskiej marki. Ja też chcę być w trendach, reagować, dostarczać klientkom najlepsze możliwe rozwiązania, tylko że rzeczywistość ma tę nieprzyjemną cechę, że nie negocjuje.

    W tym roku jednak coś się zmieniło.

    Zamiast kolejny raz próbować dogonić coś, co i tak zawsze będzie o krok przede mną, usiadłam i pomyślałam, dla kogo ja to właściwie robię.

    I odpowiedź nie była ani modna, ani uniwersalna.

    W sezonie wiosna lato 2026 postanowiłam pójść w inną stronę i zaproponować rzeczy nie dla kobiet klasycznych, tylko dla tych, które nie boją się koloru, formy i bycia widoczną. Dla tych, które traktują ubranie nie jako tło, tylko jako narzędzie.

    Czasem jako zbroję, kiedy trzeba wejść w świat i załatwić swoje sprawy, a czasem jako coś zupełnie odwrotnego, coś co przyciąga uwagę, buduje obecność i pozwala zaznaczyć swoją przestrzeń.

    Bo może nie każda kobieta chce się dopasować.

    Niektóre wolą się wyróżniać.

    I może to jest moment, w którym pasja przestaje być naiwna, a zaczyna być świadoma, trochę mniej spektakularna, ale za to dużo bardziej prawdziwa.

  • Jak przyjaciółka przyjaciółce potrafi zrobić dobrze.

    Przez przymierzalnię w FURELLE, w samym sercu Silesia City Center, przez ostatnich dziesięć lat przewinęło się tyle historii, że mogłabym nimi obdzielić kilka sezonów serialu obyczajowego, w którym główną rolę gra nie sukienka, nie jedwab i nie konstrukcja, ale relacja między ludźmi stojącymi naprzeciw lustra, w świetle, które nie wybacza ani złych intencji, ani fałszywej troski.

    Niektóre kobiety przychodzą same i to są momenty, które lubię szczególnie, bo w ciszy przymierzalni słychać prawdę, a prawda wbrew pozorom nie krzyczy. Inne przychodzą z mężami, którzy najczęściej siedzą przy kawie z miną człowieka, który właśnie zgodził się na coś, czego nie rozumie, ale kocha na tyle, by uczestniczyć. Jeszcze inne przychodzą ze stylistkami, gdzie rozmowa ma strukturę, sens i cel.

    I wreszcie te, które przychodzą z przyjaciółkami. Dziś jest o nich.

    Zakupy ubraniowe dla jednych są nieprzyjemną koniecznością, dla innych przyjemnością, a dla jeszcze innych czymś w rodzaju osobistej, miękkiej terapii, w której materiał zastępuje słowa, a dobrze skrojona forma potrafi uporządkować chaos w głowie skuteczniej niż niejedna rozmowa przy winie. Jeżeli traktujesz ubranie jak narzędzie komunikacji, sposób organizacji własnej energetycznej przestrzeni i źródło wyrazu, to z całą pewnością bywa ono skuteczniejsze niż farmakologia, choć oczywiście nie każdy tak ma i nie każdy musi się z tym utożsamiać, bo świat jest na szczęście pojemny i mieści również tych, dla których sukienka to po prostu sukienka.

    Tymczasem ja stoję w przymierzalni i obserwuję: Wchodzą dwie kobiety. Czasem od progu widać czułość relacji, miękkość spojrzeń, uważność w słuchaniu, autentyczną radość z tego, że ta druga błyszczy, że jej talia jest podkreślona, że kolor wydobył oczy, że sylwetka nabrała pionu i mocy. Wtedy przymierzalnia jest przestrzenią wsparcia, a ja jestem tylko technicznym wsparciem procesu, który i tak już dzieje się między nimi.

    Ale bywa też inaczej. Jest coś w powietrzu, czego nie widać, a co czuć natychmiast. Delikatny, niemal elegancki mechanizm wbijania mikro szpileczek, które formalnie są troską, a w praktyce są kontrolą. Pada zdanie, że w tym wyglądasz grubo. Pada pytanie, dlaczego wybrałaś ten kolor, przecież on ci nie pasuje, w sytuacji kiedy koleżanka już odebiera uszytą na miarę sukienkę i stoi w niej wyprostowana, gotowa zobaczyć w lustrze nową wersję siebie. Pada komentarz, że wyglądasz na zmęczoną. Pada stwierdzenie, że ja bym wybrała coś innego. I w tym momencie czar przyjaźni pęka jak bańka, bo nagle przymierzalnia przestaje być przestrzenią odwagi, a staje się salą egzaminacyjną, w której jedna kobieta wystawia drugiej ocenę z istnienia.

    Najciekawsze jest to, że te zdania rzadko są wypowiadane z otwartą wrogością. One są miękkie, opakowane w śmiech, w rzekomą szczerość, w narrację pod tytułem ja ci tylko dobrze radzę. Tylko, że dobrze radzić można komuś, kto o radę prosi, a nie komuś, kto właśnie próbuje zobaczyć siebie w wersji lepszej niż dotychczas.

    Przymierzalnia jest miejscem szczególnym, bo kobieta stoi tam dosłownie i symbolicznie bezbronna. Zdejmuje swoje codzienne warstwy, czasem także te mentalne, i przez kilka minut pozwala sobie uwierzyć, że może wyglądać inaczej niż dotąd. Jeżeli w tym momencie obok stoi ktoś, kto nieustannie przypomina jej o wadach, które być może istnieją, ale nie wymagają stałego podkreślania, to pytanie brzmi nie czy ta przyjaźń jest szczera, ale czy ona w ogóle jest wspierająca.

    Bo jeżeli masz obok siebie kobietę, która za każdym razem balansuje na granicy krytyki, która nie potrafi cieszyć się twoim światłem, która natychmiast musi ustawić cię do pionu, kiedy zaczynasz świecić mocniej niż zwykle, to być może nie chodzi o sukienkę, kolor czy krój, tylko o układ sił, który do tej pory był dla niej bezpieczny.

    Czasem naprawdę lepiej wejść do przymierzalni samej.

    Nie dlatego, że przyjaciółki są złe, tylko dlatego, że nie każda relacja uniesie moment twojej zmiany. Ubranie bywa początkiem procesu, który wykracza daleko poza materiał i konstrukcję. Bywa decyzją o tym, że już nie chcesz się chować, że twoja talia ma prawo być widoczna, że kolor czerwony nie jest zarezerwowany dla odważniejszych wersji ciebie, tylko dla ciebie tu i teraz.

    I wtedy potrzebujesz ciszy albo profesjonalnego, chłodnego oka, które ocenia proporcje, linię ramion i długość rękawa, a nie twoją wartość jako człowieka.

    Przez dziesięć lat widziałam setki kobiet, które w obecności wspierającej osoby rosły w oczach dosłownie w kilka minut, i widziałam też takie, które pod wpływem jednego zdania kurczyły się w sobie szybciej niż źle zdekatyzowana tkanina. I za każdym razem myślę, że największą sztuką w relacji między kobietami nie jest szczerość rozumiana jako prawo do mówienia wszystkiego, tylko odpowiedzialność za to, co nasze słowa robią z drugą stroną lustra.

    Bo przymierzalnia nie jest ringiem.

    Jest miejscem, w którym kobieta sprawdza, czy świat jest gotowy na jej nową wersję. A czasem ważniejsze pytanie brzmi, czy jej przyjaciółka jest. Dlatego czasem właśnie przymierzalnia jest najlepszym testem jak się w takiej przyjaźni czujemy po wspólnie spędzonym czasie….