Przez bardzo długi czas funkcjonowałam w dość eleganckim, choć mało efektywnym układzie, w którym nie miałam najmniejszego problemu z pomysłami, za to miałam ogromny problem z ich publikowaniem, co oczywiście można sobie bardzo wygodnie tłumaczyć dbałością o jakość, estetykę i poziom, a w praktyce oznacza to po prostu wieloletnie, konsekwentne odkładanie rzeczy na później w imię bliżej nieokreślonej doskonałości.
Bo ja naprawdę pracowałam nad tym, co miało się pojawić na Instagramie, tylko że ta praca polegała głównie na analizowaniu każdego detalu, który z jakiegoś powodu nie spełniał moich własnych, dość bezwzględnych kryteriów, więc widziałam każdy odstający włos, każdą szminkę, która była minimalnie za chłodna albo zbyt ciepła, każdą świecącą się partię twarzy, która w moim odczuciu nie powinna się świecić w ogóle, mimo że najwyraźniej miała na ten temat inne zdanie.
Patrzyłam na siebie i na swoje materiały z taką dokładnością, jakby od tego zależała co najmniej reputacja całego przemysłu wizualnego, i za każdym razem znajdowałam wystarczająco dobry powód, żeby niczego nie opublikować, bo coś było jednocześnie za bardzo i za mało, zbyt dopracowane albo niewystarczająco naturalne, zbyt przemyślane albo zbyt przypadkowe, co w pewnym momencie zaczyna już bardziej przypominać systemowe sabotowanie samej siebie niż jakąkolwiek realną pracę nad jakością.
I to nie był problem braku treści, ponieważ treści miałam zdecydowanie więcej, niż byłam w stanie udźwignąć, tylko problem polegał na wizji, a właściwie na napięciu pomiędzy tym, jak ta wizja wyglądała w mojej głowie, a tym, co byłam w stanie realnie wyprodukować w pojedynkę, patrząc jednocześnie na świat, w którym materiały tworzone są przez całe zespoły ludzi, przy użyciu światła, sprzętu, doświadczenia i budżetów, których nie miałam, nie planowałam mieć i szczerze mówiąc nie miałam też ochoty wchodzić w ten model pracy.
Więc zrobiłam coś, co z perspektywy czasu wydaje się logiczne, choć wtedy wydawało się raczej naturalne, mianowicie zatrzymałam się całkowicie, uznając, że skoro nie jestem w stanie doskoczyć do poziomu, który sama uznaję za wystarczający, to nie ma większego sensu robić czegokolwiek.
I w tym dość wygodnym zawieszeniu przyszła cała ta sztuczna inteligencja, która według wielu miała odebrać ludziom pracę, sens i być może jeszcze kilka innych rzeczy przy okazji, a u mnie zrobiła coś znacznie prostszego, bo zdjęła ze mnie konieczność nieustannego tłumaczenia komuś, co dokładnie mam na myśli i dlaczego ten konkretny odcień, to konkretne światło i ten konkretny nastrój mają znaczenie.
Nagle okazało się, że to, co do tej pory było zamknięte w mojej głowie jako wizja trudna do przełożenia na język zrozumiały dla innych, może zostać po prostu wyciągnięte na zewnątrz w formie, która jest wystarczająco bliska temu, co miałam na myśli, bez konieczności negocjowania, poprawiania, tłumaczenia i wchodzenia w ten cały komunikacyjny chaos, który zawsze kończy się kompromisem, a kompromis w estetyce rzadko bywa czymś, co warto celebrować.
To było trochę jak ten pierścień Arabelli, tylko w wersji mniej baśniowej, a bardziej technologicznej, gdzie zamiast zaklęcia pojawia się dobrze sformułowane zdanie, a zamiast magii działa system, który po prostu realizuje to, co jesteś w stanie sobie wyobrazić.
I w tym momencie zrozumiałam coś, co nie było szczególnie wygodne, ale było bardzo konkretne, mianowicie że problemem nigdy nie była jakość moich treści, tylko to, że nie byłam w stanie nadać im formy, którą sama uznałabym za wystarczającą, żeby je pokazać światu bez wewnętrznego sprzeciwu.
A teraz mogę.
Co wcale nie oznacza, że wszystko nagle stało się idealne, bo nie stało się i raczej nie stanie, ale oznacza, że rzeczy zaczęły w ogóle istnieć, a to jest jednak dość istotna różnica, szczególnie jeżeli wcześniej istniały wyłącznie w głowie, w bardzo dopracowanej, ale całkowicie niewidocznej wersji.
Dlatego mój stosunek do nowoczesnych narzędzi jest dość prosty i pozbawiony większych emocji, ponieważ nie traktuję ich ani jako zagrożenia, ani jako zbawienia, tylko jako możliwości, z którą można zrobić dokładnie to samo, co ze wszystkim innym, czyli można ją zignorować, stojąc dalej przed lustrem i poprawiając szminkę po raz kolejny, albo można z niej skorzystać i w końcu powiedzieć to, co od dawna było gotowe, tylko nigdy nie miało odpowiedniej formy.