Przez bardzo długi czas wydawało mi się, że bycie dobrą osobą polega na tym, żeby być dostępną, uważną, cierpliwą i gotową przyjąć wszystko, co ktoś przynosi, niezależnie od tego, czy są to emocje, historie, dramaty, czy wielokrotnie odtwarzane opowieści o tym samym problemie, który z niewiadomych przyczyn pozostaje nierozwiązany od lat, choć teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przestał istnieć poza głową jego właściciela.
Z czasem jednak zaczęłam zauważać pewną niepokojącą prawidłowość, polegającą na tym, że empatia w swojej nieograniczonej formie bardzo często nie jest ani szlachetna, ani głęboka, ani nawet szczególnie pomocna, tylko staje się wygodnym systemem dystrybucji cudzych problemów, w którym jedna osoba produkuje napięcie, druga je przyjmuje, a żadna z nich nie wykonuje ruchu, który mógłby doprowadzić do realnej zmiany sytuacji.
I wtedy pojawia się moment, który nie jest ani spektakularny, ani szczególnie romantyczny, tylko raczej cichy, chłodny i bardzo trzeźwy, w którym zaczynasz rozumieć, że niektóre relacje nie są relacjami, tylko kanałami odprowadzającymi cudze emocje do pierwszej dostępnej osoby, która jeszcze ma wystarczająco dużo siły, żeby je udźwignąć, a ponieważ przez lata ćwiczyłaś się w byciu tą osobą, system działa bez zarzutu, aż do momentu, w którym przestaje działać Twoje ciało, Twoja głowa albo Twoja cierpliwość.
I to jest właśnie ten moment, w którym empatia przestaje być cnotą, a zaczyna być brakiem granic.
Nie chodzi o to, żeby przestać rozumieć ludzi, bo rozumienie jest jedną z najbardziej użytecznych umiejętności, jakie można posiadać, tylko o to, żeby przestać brać odpowiedzialność za coś, co nie jest Twoje, co zostało wytworzone przez kogoś innego i co najczęściej mogłoby zostać rozwiązane przez tę samą osobę, gdyby tylko była tym rzeczywiście zainteresowana, a nie wyłącznie zainteresowana opowiadaniem o tym w nieskończoność.
Empatia selektywna nie polega na tym, że nagle stajesz się chłodna, zdystansowana i niedostępna, tylko na tym, że zaczynasz odróżniać ludzi, którzy są w procesie, od ludzi, którzy są w pętli, i to jest rozróżnienie, które zmienia wszystko, ponieważ ludzie w procesie mogą być zmęczeni, zagubieni, czasem nawet nieznośni, ale wykonują ruch do przodu, natomiast ludzie w pętli są niezwykle konsekwentni w powtarzaniu tych samych historii, z tym samym zakończeniem, przy czym jedyną zmienną w tej opowieści jesteś Ty, która za każdym razem słuchasz jej od początku.
W pewnym momencie zaczynasz też zauważać, że Twoje środowisko nie jest przypadkowe, tylko jest wypadkową Twoich zgód, Twoich reakcji i Twojej dostępności, a skoro tak, to oznacza, że możesz je zmienić, co oczywiście nie jest szczególnie komfortowe, bo wymaga od Ciebie powiedzenia kilku rzeczy, których wcześniej nie mówiłaś, oraz wycofania się z kilku relacji, które przez długi czas funkcjonowały na zasadzie jednostronnego transferu energii.
I wtedy okazuje się, że największym luksusem nie jest wcale czas ani pieniądze, tylko obecność ludzi, którzy nie przychodzą do Ciebie po to, żeby zostawić swoje problemy, tylko po to, żeby coś razem zbudować, stworzyć albo przynajmniej przez chwilę pobyć w przestrzeni, w której nikt nikogo nie obciąża tym, co mógłby unieść sam.
Empatia selektywna nie jest więc odrzuceniem ludzi, tylko wyborem kierunku, w którym chcesz iść, oraz decyzją, że nie wszystko, co do Ciebie przychodzi, musi zostać przez Ciebie przyjęte, przetworzone i oddane w lepszym stanie, bo to nie jest Twoja rola, nawet jeśli przez lata wydawało Ci się, że właśnie na tym polega bycie dobrą osobą.
I być może najbardziej zaskakujące w tym wszystkim jest to, że kiedy przestajesz być dostępna dla chaosu, zaczynasz być dostępna dla spokoju, a kiedy przestajesz rozwiązywać cudze problemy, zaczynasz wreszcie zajmować się własnym życiem, które, jak się okazuje, całkiem nieźle znosi fakt, że nie jest już projektem zbiorowym.