Kiedy po raz kolejny usłyszałam piosenkę Ewy Bem Wyszłam za mąż, zaraz wracam, pomyślałam sobie, że są takie utwory, które człowiek zaczyna rozumieć dopiero wtedy, kiedy życie zdąży mu kilka rzeczy wytłumaczyć w sposób zdecydowanie mniej subtelny niż muzyka, ponieważ kiedy ma się dwadzieścia lat, ten tytuł brzmi jak dowcip, kiedy ma się trzydzieści, zaczyna przypominać ostrzeżenie, a kiedy ma się za sobą jedno małżeństwo, które dało naprawdę solidnie w kość, nagle człowiek orientuje się, że być może nie słucha piosenki, tylko bardzo skróconej instrukcji ewakuacyjnej.
Bo przecież w samym tym zdaniu jest wszystko, czego trochę się boimy, kiedy podejmujemy decyzję, która z założenia ma być na zawsze, czyli wielkie wejście, piękna deklaracja, przekonanie, że tym razem na pewno wiemy, co robimy, a gdzieś z tyłu głowy bardzo dyskretna myśl, czy przypadkiem nie zostawiliśmy sobie otwartego okna, przez które w razie czego da się jeszcze wydostać bez większego hałasu i bez tłumaczenia całej rodzinie, dlaczego plan idealny okazał się mniej idealny, niż wyglądał na zdjęciach.
Przez długi czas uważałam, że ten dystans do małżeństwa jest całkiem rozsądny, a nawet świadczy o dojrzałości, bo skoro raz człowiek przekonał się, że coś, co miało być bezpiecznym portem, może zacząć przypominać rejs w sztormie bez mapy, radaru i załogi, która ma ochotę współpracować, to trudno oczekiwać, że następnym razem wejdzie na pokład z tym samym entuzjazmem i jeszcze samodzielnie zaproponuje, żeby wypłynąć dalej.
Moje pierwsze małżeństwo nauczyło mnie bardzo wielu rzeczy, chociaż większość z tych lekcji chętnie zamieniłabym wtedy na mniej kosztowny kurs weekendowy, ponieważ człowiek zdecydowanie szybciej przyswaja wiedzę o granicach, szacunku, samotności we dwoje i o tym, że nie wszystko da się uratować samą dobrą wolą, kiedy płaci za nią spokojem, zaufaniem i sporą częścią własnej wiary w ludzi.
Dzisiaj jednak nie patrzę na tamten czas wyłącznie jak na krzywdę, chociaż byłabym bardzo nieuczciwa wobec samej siebie, gdybym próbowała udawać, że nic się nie stało, ponieważ stało się wystarczająco dużo, żebym przez długi czas sądziła, że może po prostu nie nadaję się do małżeństwa, a może małżeństwo nie nadaje się do mnie, co zresztą wydawało mi się nawet całkiem logicznym wnioskiem, skoro dużo łatwiej było mi prowadzić firmę, rozwiązywać kolejne kryzysy, projektować ubrania i wymyślać nowe przedsięwzięcia niż zbudować codzienność, w której dwoje ludzi czuje się równie ważnych, równie bezpiecznych i równie odpowiedzialnych za to, co tworzą.
Z czasem zrozumiałam jednak, że problem nie zawsze polega na tym, że ktoś nie nadaje się do związku, ponieważ czasami po prostu dwoje ludzi nie nadaje się dla siebie nawzajem, i nie trzeba od razu budować opowieści, w której jedna osoba zostaje potworem, a druga świętą, bo życie zazwyczaj nie jest aż tak dobrze uporządkowane, a ludzie bywają wystarczająco skomplikowani, żeby być dobrymi osobami i jednocześnie bardzo złymi partnerami dla konkretnego człowieka.
Nie lubię też myślenia, że poprzednie relacje były wyłącznie stratą czasu, bo nawet jeśli niektóre doświadczenia najchętniej zwrócilibyśmy do sklepu z dopiskiem, że produkt zdecydowanie nie odpowiadał opisowi, to właśnie one uczą nas, czego nie chcemy już nigdy więcej, na co nie będziemy się godzić, czego sami musimy się nauczyć i dlaczego szacunek, spokój oraz zwykła życzliwość są warte znacznie więcej niż wielkie deklaracje, które bardzo dobrze brzmią, ale niestety nie zawsze mają pokrycie w codzienności.
Być może właśnie dlatego oboje z moim mężem tak bardzo doceniamy to, co udało nam się zbudować, ponieważ każde z nas przyszło do tej relacji z własnym bagażem, własnymi bliznami i własnym przekonaniem, że już nigdy więcej nie pozwoli sobie na pewne rzeczy, a jednak zamiast zamknąć drzwi na wszystkie możliwe zamki, zdecydowaliśmy się zostawić je dla siebie otwarte.
I nie chodzi o to, że teraz wszystko jest idealne, bo idealne związki istnieją głównie w reklamach, w filmach romantycznych i na zdjęciach robionych pięć minut po kłótni, kiedy obie strony zgodnie uznają, że świat nie musi wiedzieć, że właśnie pokłóciły się o coś tak ważnego jak źle odłożony kubek, lecz o to, że pierwszy raz nie czuję potrzeby sprawdzania, gdzie znajduje się wyjście awaryjne.
Mam nadzieję, że jeszcze przez bardzo długie lata będę mogła denerwować mojego męża kolejnymi pomysłami, przekonywać go, że następna lampa do studia jest inwestycją absolutnie niezbędną, zaczynać rozmowy od słów „mam tylko jeden pomysł”, chociaż oboje wiemy, że po tym zdaniu zwykle pojawia się cały projekt, kosztorys i termin realizacji, a on będzie mi nadal przypominał, że świat naprawdę nie kończy się wtedy, kiedy coś nie idzie zgodnie z planem, choć ja oczywiście jeszcze przez chwilę będę próbowała udowodnić, że jednak istnieją sytuacje, w których kończy się przynajmniej odrobinę.
I kiedy dziś słucham piosenki Ewy Bem, uśmiecham się już trochę inaczej, ponieważ rozumiem jej ironię, rozumiem potrzebę wolności, rozumiem również ten odruch, żeby zostawić sobie możliwość powrotu, ale po wszystkich swoich doświadczeniach mam ochotę odpowiedzieć jej po swojemu, że ja też wyszłam za mąż, tylko że tym razem nie zamierzam wracać.
Nie dlatego, że nie mogę, ale dlatego, że nie chcę, ponieważ po wszystkich wcześniejszych zakrętach, objazdach, lekcjach i rozczarowaniach w końcu spotkałam człowieka, przy którym małżeństwo nie jest miejscem, z którego trzeba szukać drogi ucieczki, ale przestrzenią, do której chciałabym wracać każdego dnia, i jeśli życie pozwoli, chciałabym zostać w niej aż do końca świata, nawet jeśli po drodze będziemy się czasem spierać o rzeczy tak fundamentalne jak liczba lamp w studiu.