O słabości, której nikt nie chce oglądać

Pamiętam bardzo dokładnie ten moment, w którym byłam przekonana, że właśnie sprytnie wymknęłam się rzeczywistości, która zaczynała mnie doganiać, ponieważ stojąc jeszcze jedną nogą w branży reklamowej, w której przez lata funkcjonowałam z pełnym poczuciem kompetencji i sprawczości, zaczęłam widzieć coraz wyraźniej, że przy stole decyzyjnym siadają ludzie młodsi ode mnie o dekadę, szybsi, bardziej naturalni w świecie, który dla mnie wciąż był narzędziem, a dla nich był środowiskiem życia, i wtedy z bardzo racjonalnym spokojem kobiety, która nie ma już dwudziestu lat i nie udaje, że wszystko da się nadrobić entuzjazmem, postanowiłam, że znajdę sobie inną przestrzeń, taką bardziej moją, bardziej osadzoną, mniej zależną od wieku, bardziej zależną od doświadczenia.

I wtedy pojawiła się moda, która nie przyszła do mnie w żadnym romantycznym uniesieniu, tylko raczej weszła bocznymi drzwiami przez biżuterię, przez nieudane próby z torebkami, przez projekty, które miały być czymś innym, a ostatecznie stały się czymś zupełnie nowym, i ja w to weszłam z impetem, z przekonaniem graniczącym z arogancją, że czterdziestoletnia kobieta, która ma za sobą życie, decyzje, błędy i ich konsekwencje, ma dużo większe prawo mówić o kobiecości niż dziewczyna, która dopiero się jej uczy.

Przez chwilę naprawdę wyglądało na to, że to działa, że to jest dobry wybór, że ja się w tym odnajduję, że klientki to czują, że relacja, rozmowa, obecność w realnym miejscu, w którym ktoś siada naprzeciwko ciebie i mówi o sobie więcej niż planował, jest czymś, czego żadna technologia nie zastąpi. A potem przyszedł moment, w którym świat powiedział sprawdzam, tylko nie uprzedził, że zmienił zasady gry, i nagle okazało się, że wszystko to, od czego próbowałam uciec, wróciło do mnie w formie dużo bardziej bezwzględnej, bo Instagram i Facebook przestały być dodatkiem, a stały się podstawą, i nie było już znaczenia, jak dobrze radzisz sobie w realnym kontakcie, jeśli nie potrafisz istnieć w kwadracie na ekranie telefonu.

I wtedy zaczyna się ta część historii, o której nikt nie opowiada z przyjemnością, bo nie ma w niej ani lekkości, ani inspiracji, tylko jest bardzo dużo pracy, bardzo dużo frustracji i bardzo dużo momentów, w których masz ochotę przyznać, że jesteś spóźniona na własne życie zawodowe, tylko nie robisz tego, bo wiesz, że nikt za ciebie tego nie nadrobi. Więc uczysz się wszystkiego od nowa, tylko że nie masz dwudziestu lat, tylko masz doświadczenie, które z jednej strony pomaga, a z drugiej przeszkadza, bo widzisz więcej, analizujesz więcej i dużo szybciej orientujesz się, ile to wszystko kosztuje, więc zostajesz jednocześnie fotografem, marketingowcem, modelką, sprzedawcą, strategiem, i robisz to nie dlatego, że to jest twoje marzenie, tylko dlatego, że nie masz wyjścia.

I kiedy już zaczynasz oddychać w tym tempie, kiedy zaczynasz łapać rytm, kiedy zaczynasz wierzyć, że może jednak dasz radę doskoczyć, przychodzi pandemia, która zamyka świat, tylko nie zamyka zobowiązań, więc reorganizujesz wszystko, zmieniasz kierunek, produkujesz rzeczy, które mają sens w nowej rzeczywistości, i znowu przez chwilę jesteś z siebie zadowolona, bo zareagowałaś szybko, bo nie spanikowałaś, bo przetrwałaś. A potem przychodzi wojna u sąsiadów i nagle okazuje się, że przetrwanie to jest bardzo względne pojęcie, bo siedzisz w miejscu, w którym z jednej strony ludzie walczą o życie, a z drugiej ty masz opublikować zdjęcie sukienki i napisać, że warto ją mieć, i w tym momencie orientujesz się, że twoja branża ma bardzo ograniczoną zdolność do bycia moralnie komfortową.

Możesz wtedy zrobić tylko jedną rzecz, czyli pracować dalej, tylko jeszcze więcej, jeszcze dłużej, jeszcze ciszej, bo nie bardzo masz przestrzeń na rozkładanie swoich wątpliwości na czynniki pierwsze, więc pracujesz po kilkanaście godzin, optymalizujesz każdy element, zarządzasz energią jak zasobem strategicznym i przede wszystkim nie przestajesz się uśmiechać, bo bardzo szybko rozumiesz, że w tej branży uśmiech nie ma nic wspólnego z tym, co czujesz. Przez długi czas to działa, bo masz w sobie ogromne wiaderko energii, które pozwala ci nie tylko utrzymać siebie, ale też zasilać innych, podtrzymywać, wspierać, ciągnąć rzeczy, które nie powinny być na twojej odpowiedzialności, tylko że w pewnym momencie organizm przestaje być twoim sprzymierzeńcem i zaczyna być twoim ograniczeniem. I to jest moment, w którym przestajesz być bohaterką własnej historii, a zaczynasz być kimś, kto musi bardzo brutalnie przyznać, że nie da się już unieść wszystkiego, że trzeba odpuścić ludzi, sytuacje, zobowiązania, że trzeba wyczyścić przestrzeń i zostawić tylko to, co jest absolutnie konieczne.

Porządkujesz, upraszczasz, zawężasz, i przez chwilę nawet wydaje ci się, że odzyskujesz kontrolę, tylko że równolegle dzieje się coś, czego nie da się uporządkować tabelą ani strategią, bo zaczyna spadać twoja energia, zaczyna zmieniać się twoja gotowość do bycia dla innych, zaczyna się pojawiać zmęczenie, którego nie da się zaspać ani zamaskować kawą. I wtedy dochodzisz do wniosku, który jest tak nieprzyjemny, że najchętniej byś go nie formułowała, tylko że nie masz już tego luksusu.

W tej branży nie możesz pozwolić sobie na słabość.

Nie dlatego, że ktoś ci to powie wprost, tylko dlatego, że kiedy przestajesz wyglądać na osobę, która ma energię, która ma kontrolę, która ma sukces, to przestajesz być interesująca, a kiedy przestajesz być interesująca, to przestajesz sprzedawać, i to się dzieje bez ostrzeżenia, bez empatii i bez żadnego marginesu na tłumaczenia. Ludzie nie chcą oglądać zmęczenia, nie chcą oglądać smutku, nie chcą oglądać prawdy, która nie jest atrakcyjna wizualnie, bo ubrania kupuje się od tych, którzy wyglądają na spełnionych, nawet jeśli to spełnienie jest tylko dobrze zagranym obrazem.

Więc wstajesz, myjesz włosy, robisz makijaż, ubierasz się tak, jak wymaga tego twoja marka, patrzysz w kamerę i uśmiechasz się dokładnie wtedy, kiedy trzeba, niezależnie od tego, czy masz na to ochotę, czy nie masz na to siły, bo bardzo szybko rozumiesz, że twój nastrój nie jest częścią produktu.I możesz oczywiście próbować to zmienić, możesz próbować być autentyczna w sposób, który nie jest estetyczny, możesz pokazywać wszystko, tylko że rynek nie jest miejscem, które nagradza odwagę w każdej formie, tylko nagradza to, co jest dla niego użyteczne.

To jest moment, w którym przestajesz zadawać sobie pytanie, czy to jest fair, tylko zaczynasz zadawać sobie pytanie, czy jesteś w stanie w tym uczestniczyć na własnych zasadach, wiedząc dokładnie, jakie są konsekwencje.

Bo to nie jest historia o tym, że trzeba być silną. To jest historia o tym, że jeśli wybierasz zawód, to razem z nim wybierasz cały zestaw cech, do których będziesz musiała nieustannie doskakiwać, niezależnie od tego, czy masz na to ochotę, czy właśnie kończy ci się paliwo, bo tak jak dziennikarz musi mieć lekkie pióro i zdolność formułowania myśli nawet wtedy, kiedy głowa odmawia współpracy, tak jak sportowiec musi mieć fizyczną wytrzymałość i trenować wtedy, kiedy ciało najchętniej zostałoby w spokoju, tak jak naukowiec musi mieć zdolność analizy i intelektualną sprawność nawet wtedy, kiedy świat wokół przestaje być logiczny, tak ja muszę być zawsze w gotowości, z umytą głową, ze szczupłą sylwetką utrzymywaną gdzieś pomiędzy treningiem a wizytą u manikiurzystki, świetnie ubrana, spójna z własną marką i uśmiechnięta dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Ta refleksja, choć jest trudna, niewygodna i momentami zwyczajnie przykra, dała mi jedną bardzo konkretną odpowiedź, że jeżeli chcę utrzymać się na tym oceanie, który nie ma litości ani dla zmęczenia, ani dla chwilowego braku formy, to nie mam innej drogi niż nauczyć się w nim pływać dokładnie tak, jak on tego wymaga…