Są takie zdania, które brzmią niekomfortowo już na poziomie samego ich wypowiedzenia i jednym z nich jest to, że praca w usługach jest w gruncie rzeczy bardzo bliska prostytucji, tylko że zamiast ciała sprzedaje się swój czas, uwagę, dostępność, cierpliwość i gotowość do spełniania cudzych oczekiwań, a całość odbywa się w znacznie bardziej eleganckiej oprawie, z terminalem płatniczym zamiast negocjacji przy stoliku.
Z biegiem lat, wraz z kolejnymi klientkami, rozmowami, przymiarkami i tym całym teatrem uprzejmości, który nazywamy elegancko „obsługą klienta”, zaczęłam dochodzić do wniosku, który nie jest ani szczególnie wygodny, ani specjalnie ładny w opakowaniu, ale za to ma tę nieznośną cechę prawdy, że praca w usługach ma w sobie coś niepokojąco bliskiego prostytucji, tylko zamiast ciała sprzedaje się czas, uwagę, cierpliwość, a czasem niestety również własną godność, oczywiście wszystko elegancko rozliczone płatnością kartą.
I zanim ktoś się oburzy, że porównanie jest przesadne, to pozwolę sobie zauważyć, że mechanizm jest boleśnie podobny, ponieważ pojawia się ktoś, kto płaci i w związku z tym zaczyna sprawdzać, gdzie dokładnie przebiega granica tego, co kupił, a my, jako usługodawczynie, stoimy w tym wszystkim z uśmiechem, który z każdą kolejną sytuacją staje się coraz bardziej zawodowy, czyli coraz mniej prawdziwy, i próbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, które brzmi zaskakująco prosto, ale w praktyce okazuje się wyjątkowo niewygodne, czyli na ile jeszcze jesteśmy w stanie się zgodzić, żeby nadal móc spojrzeć na siebie bez lekkiego grymasu.
Ponieważ pracuję głównie z kobietami, to nie będę udawała, że mam kompetencje do analizowania całego świata usług, więc zostanę przy tym wycinku rzeczywistości, który znam aż za dobrze, czyli przy kobietach w różnym wieku, z różnym bagażem doświadczeń, z różnym statusem materialnym, ale zaskakująco podobnym przekonaniem, że skoro coś kosztuje, to w pakiecie powinno być również prawo do przekraczania granic drugiego człowieka, oczywiście w sposób subtelny, elegancki i najlepiej taki, który można jeszcze nazwać „wymaganiem wysokiego standardu”.
I tutaj pojawia się moment, który z perspektywy czasu wydaje mi się niemal komiczny, gdy przypominam sobie siebie sprzed kilku lat, kiedy z uporem godnym lepszej sprawy ignorowałam pierwsze sygnały ostrzegawcze, tłumacząc je sobie doświadczeniem, zmęczeniem klientki albo po prostu „trudnym charakterem”, jakby trudny charakter był jakimś rzadkim schorzeniem, które należy leczyć zwiększoną dawką mojej cierpliwości, zamiast zwyczajnie uznać, że to nie jest relacja, w którą chcę inwestować swój czas i energię.
Dzisiaj widzę to znacznie wyraźniej, ponieważ te tak zwane red flagi mają tę nieprzyjemną właściwość, że pojawiają się bardzo wcześnie i mówią dokładnie to, co później i tak się wydarzy, tylko że wtedy są jeszcze ciche, uprzejme i często opakowane w urok osobisty, który przez chwilę potrafi nas rozbroić, a my, w imię profesjonalizmu, otwartości i oczywiście pieniędzy, robimy ten jeden krok za daleko, który później trzeba odkręcać tygodniami.
I oczywiście można sobie opowiadać historię o tym, że każda klientka jest wyzwaniem, że rozwijamy się dzięki trudnym sytuacjom i że profesjonalizm polega na tym, żeby poradzić sobie z każdym, ale jest w tym pewien moment, w którym to wszystko zaczyna brzmieć jak bardzo elegancka wersja zdania „zgadzam się na więcej, niż powinnam, bo ktoś za to płaci”, a to już przestaje być rozwój, a zaczyna być powolne przesuwanie własnych granic w kierunku, który trudno nazwać zdrowym.
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że intuicja działa zaskakująco dobrze i naprawdę nie trzeba wielu lat doświadczenia, żeby poczuć, że coś jest nie tak, tylko że my, jako osoby pracujące w usługach, mamy wyjątkową zdolność do negocjowania z własnym przeczuciem, jakby ono było tylko sugestią, a nie informacją, i potrafimy je skutecznie zagadać logiką, potrzebą zarobku albo zwyczajnym „dam radę”, które brzmi pięknie do momentu, aż rzeczywiście trzeba tę radę dać.
Dlatego coraz częściej dochodzę do wniosku, który jeszcze kilka lat temu wydawał mi się zbyt radykalny, że selekcja klientek nie jest żadną fanaberią ani oznaką braku pokory wobec rynku, tylko podstawowym narzędziem dbania o jakość pracy, zdrowie psychiczne zespołu i zwykły ludzki szacunek do samej siebie, ponieważ relacja usługowa, mimo że oparta na pieniądzu, nadal pozostaje relacją między dwoma ludźmi i jeśli jedna ze stron uznaje, że płatność daje jej prawo do przekraczania granic, to druga strona ma pełne prawo powiedzieć „nie” zanim ta granica zostanie przesunięta po raz kolejny.
I być może największą ironią całej tej sytuacji jest to, że dokładnie to, o czym mowa, czyli uważne i konsekwentne dobieranie klientek, zaczyna bezpośrednio przekładać się na jakość pracy dla tych kobiet, które wracają, które są sprawdzone i których oczekiwania mieszczą się w zakresie, który jesteśmy w stanie realnie spełniać, a nawet z czasem przekraczać, ponieważ to właśnie w tych relacjach pojawia się przestrzeń na rozwój, dopracowywanie detali i podnoszenie poziomu, który nie jest już reakcją na problem, tylko świadomym działaniem skierowanym do osób, z którymi współpraca ma sens.
Więc jeśli miałabym zostawić siebie sprzed lat z jedną myślą, to byłoby to zdanie, które brzmi mało romantycznie, ale za to bardzo praktycznie, że nie wszystko, za co ktoś jest gotów zapłacić, jest czymś, co warto sprzedać, a już na pewno nie wtedy, kiedy ceną zaczyna być własna godność, która, w przeciwieństwie do większości usług, nie powinna mieć cennika…