Nigdy już nie zlekceważę nowoczesnego medium ani technologii.

Kiedy pojawił się Instagram, byłam już dorosłą kobietą, prowadziłam firmę, miałam klientów, obowiązki, odpowiedzialność i całkiem mocne przekonanie, że na pewne rzeczy jestem po prostu zbyt poważna, a publikowanie zdjęć, pokazywanie codzienności i opowiadanie o sobie w internecie wydawało mi się czymś, co może być zabawne dla innych, ale mnie przecież nie dotyczy, bo ja miałam prawdziwą pracę, prawdziwe problemy i prawdziwy biznes.

Dzisiaj, kiedy patrzę na to z perspektywy lat, nie potrafię już nawet udawać, że było w tym coś szlachetnego, ponieważ znacznie bliższe prawdy jest stwierdzenie, że zwyczajnie nie zauważyłam, że świat w pewnym momencie przesunął się o kilka metrów dalej, a ja zostałam w miejscu, przekonana, że skoro nadal stoję prosto, to znaczy, że wszystko jest w porządku.

Nie było.

Moje lekceważenie internetu, a później mediów społecznościowych, kosztowało mnie dużo więcej, niż wtedy potrafiłam przewidzieć, i nie chodzi wyłącznie o to, że mogłam wcześniej zbudować większe zasięgi, rozpoznawalność czy społeczność wokół swojej marki, bo najboleśniejsze jest zawsze to, czego nie da się później policzyć dokładnie, czyli stracony czas, niewykorzystane możliwości, decyzje, które mogły wyglądać inaczej, i pieniądze, których nikt nie wystawi na fakturze pod nazwą „koszt bycia zbyt poważną”.

Dlatego kiedy sztuczna inteligencja zaczęła pojawiać się wszędzie, miałam już wystarczająco dużo pokory, żeby nie powiedzieć sobie po raz drugi, że to moda, chwilowa zabawka albo temat dla innych ludzi, ponieważ raz już w życiu uznałam, że przyszłość jest czymś odległym i trochę niepoważnym, a później odkryłam, że przyszłość zdążyła w międzyczasie urządzić sobie mieszkanie, założyć firmę i świetnie sobie radzi bez mojego udziału.

Tym razem postanowiłam więc nie czekać.

Od prawie roku uczę się sztucznej inteligencji bardzo intensywnie, wykorzystuję ją w swojej pracy, testuję kolejne narzędzia, popełniam błędy, zachwycam się, złoszczę, zaczynam od początku, a czasami tracę pół dnia na coś, co jeszcze miesiąc później robię w pięć minut, co zresztą jest chyba najbardziej uczciwym opisem uczenia się czegokolwiek po pięćdziesiątce, kiedy człowiek jednocześnie bardzo chce być początkujący i bardzo nie lubi nim być.

Z czasem zaczęłam też szkolić innych, a największą przyjemność sprawia mi uczenie osób w moim wieku, ponieważ znam ten rodzaj nieufności, z którym patrzy się na nową technologię, szczególnie kiedy ma się za sobą kilka dekad doświadczenia zawodowego i nagle ktoś próbuje nam powiedzieć, że powinniśmy nauczyć się jeszcze jednego systemu, kolejnego programu i nowego języka, podczas gdy my dopiero niedawno pogodziliśmy się z tym, że do lodówki też będzie kiedyś potrzebna aktualizacja.

I wtedy wydarza się coś, co za każdym razem bardzo mnie bawi, ale też wzrusza, ponieważ osoba, która na początku mówi mi, że się do tego nie nadaje, że to jest za trudne, że ona nie jest techniczna i że pewnie nic z tego nie zrozumie, po godzinie sama zaczyna tworzyć, zadawać pytania i wykorzystywać narzędzie w sposób, który jeszcze chwilę wcześniej uważała za kompletnie niedostępny.

Właśnie ten moment lubię najbardziej, ponieważ wtedy ktoś nie tylko poznaje sztuczną inteligencję, ale nagle odkrywa, że nie jest tak daleko od współczesnego świata, jak wcześniej myślał, i że czasami wystarczy wejść do środka, zamiast przez rok stać pod drzwiami i tłumaczyć sobie, że pewnie wpuszczają tylko informatyków.

Im dłużej jednak korzystam ze sztucznej inteligencji, tym mocniej widzę, że najbardziej interesująca nie jest dla mnie jej zdolność do wykonywania zadań, przyspieszania pracy czy zastępowania narzędzi, ponieważ zaczęłam zauważać coś, o czym mówi się znacznie rzadziej, a co w moim przypadku okazało się dużo bardziej osobiste.

Sztuczna inteligencja zaczęła pokazywać mi moje własne możliwości.

Nie te, które już znam, nie zawodowe kompetencje, które przez lata zdążyłam sprawdzić na sobie i na innych, ale takie części mnie, które kiedyś mogły się rozwinąć, tylko życie poszło w inną stronę i zwyczajnie nie było dla nich czasu, miejsca ani wystarczająco silnego powodu, żeby je dalej ciągnąć.

Jednym z takich tematów jest dla mnie muzyka.

Pochodzę z rodziny, w której muzyka była czymś bardzo obecnym, ponieważ kiedyś znacznie częściej grało się na instrumentach, śpiewało przy różnych okazjach i po prostu miało z muzyką bardziej codzienny kontakt, zanim cały świat przyzwyczaił się, że każdą ciszę należy natychmiast zapełnić ekranem.

Muzyka gdzieś więc we mnie była, ale później pojawiło się życie, które ma niezwykły talent do porządkowania naszych marzeń według kryterium pilności, więc najpierw trzeba było skończyć szkołę, potem studia, później pracować, prowadzić firmę, wychowywać dzieci, podejmować decyzje i reagować na wszystko, co właśnie się wydarzało, aż pewnego dnia orientujemy się, że rzeczy, które kiedyś były częścią nas, nie zniknęły dlatego, że przestały być ważne, tylko dlatego, że nigdy nie miały czerwonego wykrzyknika.

A potem pojawia się sztuczna inteligencja i nagle mogę napisać tekst piosenki, stworzyć muzykę, nagrać swój głos, usłyszeć siebie w innym kontekście i przez chwilę sprawdzić, jak mogłoby wyglądać życie, gdybym kiedyś poszła trochę inną drogą.

Nie dlatego, że chcę dzisiaj zostać zawodową piosenkarką, bo mam jeszcze odrobinę rozsądku, chociaż staram się go nie nadużywać, ale dlatego, że po raz pierwszy mogę zobaczyć jakiś niewykorzystany fragment własnego potencjału nie jako abstrakcyjne „może kiedyś”, tylko jako coś, co naprawdę słyszę, widzę i mogę ocenić.

I to jest bardzo dziwne uczucie, ponieważ przez lata uczymy się akceptować wszystkie drogi, których nie wybraliśmy, i wmawiamy sobie, że skoro ich nie wybraliśmy, to pewnie nie były nasze, a nagle technologia pozwala na chwilę otworzyć drzwi do pokoju, do którego nigdy nie weszliśmy, i zobaczyć, co mogłoby tam być.

Podobnie zadziałało to u mnie w zupełnie innym obszarze, czyli w wyglądzie i w tym specyficznym momencie życia kobiety, kiedy nie dzieje się żaden wielki dramat, ale gdzieś po drodze przestaje się chcieć.

Najpierw trochę mniej chce się malować, później odkłada się farbowanie włosów, następnie człowiek zaczyna zakładać rzeczy przede wszystkim dlatego, że są pod ręką, a potem przychodzi dzień, kiedy patrzy się w lustro i nie ma wielkiego kryzysu, tylko jest coś być może nawet trudniejszego, czyli obojętność.

W pewnym momencie sama zauważyłam, że przestało mi się chcieć wykonywać wysiłek, którego efektu nie potrafiłam już sobie wyobrazić, i właśnie wtedy wizualizacja zaczęła działać na mnie w sposób, którego kompletnie się nie spodziewałam.

Kiedy zobaczyłam siebie z włosami, które kiedyś nosiłam, z inną sylwetką, w kolorach, które pamiętałam z wcześniejszych lat, z energią, której nie byłam już pewna, nagle nie zobaczyłam młodszej wersji siebie i wcale nie chodziło mi o cofanie czasu, ponieważ młodość ma wiele zalet, ale ma też tę zasadniczą wadę, że człowiek nie ma pojęcia, co robi.

Zobaczyłam za to coś, co znałam.

Siebie, o której trochę zapomniałam.

I wtedy uświadomiłam sobie, że w moim przypadku wyobrażenie sobie efektu końcowego nie jest próżnością ani fantazją, ale sposobem na uruchomienie działania, ponieważ dopóki nie widzę sensu, trudno mi znaleźć energię, natomiast kiedy zobaczę możliwość, nagle zaczynam zastanawiać się, co mogę zrobić, żeby się do niej zbliżyć.

Nie wiem, czy działa to na wszystkich i nawet nie próbuję udawać, że odkryłam metodę, którą należałoby teraz opakować w kurs, nadać jej angielską nazwę i sprzedawać za 799 złotych, ponieważ piszę wyłącznie o własnym doświadczeniu, a ono jest takie, że czasami trzeba najpierw zobaczyć siebie po drugiej stronie, żeby w ogóle mieć ochotę ruszyć.

Być może ktoś inny po zobaczeniu swojej pięknej wizualizacji uzna, że sztuczna inteligencja wykonała już całą robotę, po czym zamknie laptop, zje sernik i będzie równie szczęśliwy, co zresztą także uważam za całkiem rozsądny scenariusz, ale u mnie pojawia się odwrotny mechanizm, ponieważ obraz przyszłości nie zamyka mi drogi, tylko ją otwiera.

Dlatego dzisiaj coraz mniej interesuje mnie rozmowa o tym, czy sztuczna inteligencja zabierze nam pracę, ponieważ oczywiście część pracy zabierze, część zmieni, część stworzy, a jeszcze większą część zmusi nas po prostu do nauczenia się nowych rzeczy, natomiast znacznie ciekawsze wydaje mi się pytanie, czy dzięki niej nie zobaczymy przypadkiem w sobie czegoś, czego bez niej nigdy nie mielibyśmy okazji sprawdzić.

Być może ktoś pierwszy raz napisze książkę, chociaż przez trzydzieści lat powtarzał, że nie umie pisać.

Być może ktoś zrobi film, chociaż nigdy nie miał pieniędzy ani zespołu, żeby go stworzyć.

Być może ktoś usłyszy własną muzykę, choć przez całe życie uważał, że ten pociąg już dawno odjechał.

Być może ktoś zobaczy siebie po zmianie i po raz pierwszy od dawna uwierzy, że warto do tej zmiany dojść.

Dla mnie właśnie w tym jest dzisiaj największa siła sztucznej inteligencji, ponieważ ona nie tylko pozwala mi robić szybciej rzeczy, które już znam, ale czasami daje mi możliwość spotkania z kobietą, którą mogłam zostać, z kobietą, którą kiedyś byłam, i z kobietą, którą być może jeszcze mogę być.

Kiedyś zlekceważyłam jedną wielką zmianę, ponieważ byłam przekonana, że mnie nie dotyczy, i nie chcę już drugi raz popełnić tego samego błędu, ale dzisiaj chodzi mi o coś więcej niż biznes, pieniądze czy przewagę konkurencyjną, ponieważ pierwszy raz od bardzo dawna mam poczucie, że nowe technologie nie tylko zabierają nam kawałki dawnego świata, ale potrafią też oddać nam kawałki nas samych.

Takie, o których już nie pamiętaliśmy.

Takie, które kiedyś odłożyliśmy na później.

I takie, które być może dopiero czekały, aż wreszcie będziemy miały narzędzia, żeby je zobaczyć.

A ja po latach naprawdę nie chcę już stać z boku i mówić, że jestem na coś zbyt poważna, ponieważ życie nauczyło mnie, że czasami dokładnie w tych rzeczach, które na początku wyglądają jak zabawa, ukrywa się zmiana, która później okazuje się bardzo poważna.

Tym razem chcę być w środku.