Przez przymierzalnię w FURELLE, w samym sercu Silesia City Center, przez ostatnich dziesięć lat przewinęło się tyle historii, że mogłabym nimi obdzielić kilka sezonów serialu obyczajowego, w którym główną rolę gra nie sukienka, nie jedwab i nie konstrukcja, ale relacja między ludźmi stojącymi naprzeciw lustra, w świetle, które nie wybacza ani złych intencji, ani fałszywej troski.
Niektóre kobiety przychodzą same i to są momenty, które lubię szczególnie, bo w ciszy przymierzalni słychać prawdę, a prawda wbrew pozorom nie krzyczy. Inne przychodzą z mężami, którzy najczęściej siedzą przy kawie z miną człowieka, który właśnie zgodził się na coś, czego nie rozumie, ale kocha na tyle, by uczestniczyć. Jeszcze inne przychodzą ze stylistkami, gdzie rozmowa ma strukturę, sens i cel.
I wreszcie te, które przychodzą z przyjaciółkami. Dziś jest o nich.
Zakupy ubraniowe dla jednych są nieprzyjemną koniecznością, dla innych przyjemnością, a dla jeszcze innych czymś w rodzaju osobistej, miękkiej terapii, w której materiał zastępuje słowa, a dobrze skrojona forma potrafi uporządkować chaos w głowie skuteczniej niż niejedna rozmowa przy winie. Jeżeli traktujesz ubranie jak narzędzie komunikacji, sposób organizacji własnej energetycznej przestrzeni i źródło wyrazu, to z całą pewnością bywa ono skuteczniejsze niż farmakologia, choć oczywiście nie każdy tak ma i nie każdy musi się z tym utożsamiać, bo świat jest na szczęście pojemny i mieści również tych, dla których sukienka to po prostu sukienka.
Tymczasem ja stoję w przymierzalni i obserwuję: Wchodzą dwie kobiety. Czasem od progu widać czułość relacji, miękkość spojrzeń, uważność w słuchaniu, autentyczną radość z tego, że ta druga błyszczy, że jej talia jest podkreślona, że kolor wydobył oczy, że sylwetka nabrała pionu i mocy. Wtedy przymierzalnia jest przestrzenią wsparcia, a ja jestem tylko technicznym wsparciem procesu, który i tak już dzieje się między nimi.
Ale bywa też inaczej. Jest coś w powietrzu, czego nie widać, a co czuć natychmiast. Delikatny, niemal elegancki mechanizm wbijania mikro szpileczek, które formalnie są troską, a w praktyce są kontrolą. Pada zdanie, że w tym wyglądasz grubo. Pada pytanie, dlaczego wybrałaś ten kolor, przecież on ci nie pasuje, w sytuacji kiedy koleżanka już odebiera uszytą na miarę sukienkę i stoi w niej wyprostowana, gotowa zobaczyć w lustrze nową wersję siebie. Pada komentarz, że wyglądasz na zmęczoną. Pada stwierdzenie, że ja bym wybrała coś innego. I w tym momencie czar przyjaźni pęka jak bańka, bo nagle przymierzalnia przestaje być przestrzenią odwagi, a staje się salą egzaminacyjną, w której jedna kobieta wystawia drugiej ocenę z istnienia.
Najciekawsze jest to, że te zdania rzadko są wypowiadane z otwartą wrogością. One są miękkie, opakowane w śmiech, w rzekomą szczerość, w narrację pod tytułem ja ci tylko dobrze radzę. Tylko, że dobrze radzić można komuś, kto o radę prosi, a nie komuś, kto właśnie próbuje zobaczyć siebie w wersji lepszej niż dotychczas.
Przymierzalnia jest miejscem szczególnym, bo kobieta stoi tam dosłownie i symbolicznie bezbronna. Zdejmuje swoje codzienne warstwy, czasem także te mentalne, i przez kilka minut pozwala sobie uwierzyć, że może wyglądać inaczej niż dotąd. Jeżeli w tym momencie obok stoi ktoś, kto nieustannie przypomina jej o wadach, które być może istnieją, ale nie wymagają stałego podkreślania, to pytanie brzmi nie czy ta przyjaźń jest szczera, ale czy ona w ogóle jest wspierająca.
Bo jeżeli masz obok siebie kobietę, która za każdym razem balansuje na granicy krytyki, która nie potrafi cieszyć się twoim światłem, która natychmiast musi ustawić cię do pionu, kiedy zaczynasz świecić mocniej niż zwykle, to być może nie chodzi o sukienkę, kolor czy krój, tylko o układ sił, który do tej pory był dla niej bezpieczny.
Czasem naprawdę lepiej wejść do przymierzalni samej.
Nie dlatego, że przyjaciółki są złe, tylko dlatego, że nie każda relacja uniesie moment twojej zmiany. Ubranie bywa początkiem procesu, który wykracza daleko poza materiał i konstrukcję. Bywa decyzją o tym, że już nie chcesz się chować, że twoja talia ma prawo być widoczna, że kolor czerwony nie jest zarezerwowany dla odważniejszych wersji ciebie, tylko dla ciebie tu i teraz.
I wtedy potrzebujesz ciszy albo profesjonalnego, chłodnego oka, które ocenia proporcje, linię ramion i długość rękawa, a nie twoją wartość jako człowieka.
Przez dziesięć lat widziałam setki kobiet, które w obecności wspierającej osoby rosły w oczach dosłownie w kilka minut, i widziałam też takie, które pod wpływem jednego zdania kurczyły się w sobie szybciej niż źle zdekatyzowana tkanina. I za każdym razem myślę, że największą sztuką w relacji między kobietami nie jest szczerość rozumiana jako prawo do mówienia wszystkiego, tylko odpowiedzialność za to, co nasze słowa robią z drugą stroną lustra.
Bo przymierzalnia nie jest ringiem.
Jest miejscem, w którym kobieta sprawdza, czy świat jest gotowy na jej nową wersję. A czasem ważniejsze pytanie brzmi, czy jej przyjaciółka jest. Dlatego czasem właśnie przymierzalnia jest najlepszym testem jak się w takiej przyjaźni czujemy po wspólnie spędzonym czasie….