O tym, dlaczego w tym roku postanowiłam postawić na siebie i własne nazwisko!

To nie była żadna nagła iluminacja, objawienie między kawą a kalendarzem ani efekt motywacyjnego cytatu, który wyskoczył mi w internecie pomiędzy reklamą probiotyku a sukienką „must have na wiosnę”, tylko raczej powolne, nieprzyjemne i dość trzeźwe uświadomienie sobie, że należę do pokolenia, które nie tylko nie wyssało z mlekiem matki umiejętności chwalenia się, ale wręcz zostało bardzo skutecznie oduczone mówienia o sobie czegokolwiek dobrego, głośnego i – broń Boże – publicznego.

Pokolenia, które za pewność siebie było ustawiane do pionu, za odwagę uznawane za bezczelne, a za indywidualizm traktowane jak problem wychowawczy, który należało możliwie szybko skorygować, najlepiej zawstydzeniem, porównaniem do innych albo klasycznym „nie wychylaj się, bo jeszcze ktoś pomyśli, że jesteś lepsza”.

Efektem tamtych czasów była nabyta skromność – umiejętność doskonalona latami, ćwiczona w domu, w szkole, w pracy i w relacjach, polegająca na tym, żeby robić dużo, mówić mało, nie zajmować zbyt wiele miejsca i absolutnie nie sugerować, że ma się jakiekolwiek kompetencje, ambicje albo własne zdanie, które wykracza poza „jak uważasz”.

Do tego dochodziła jeszcze niezbyt stabilna pozycja kobiety w damsko-męskim świecie, w którym to właśnie my – kobiety z tego pokolenia – musiałyśmy dla naszych córek wydeptywać ścieżki, walczyć o to, żeby nas słuchano, żeby nas traktowano poważnie, żeby nie dorzucano nam kolejnych obowiązków pod hasłem „bo ty i tak ogarniesz”, nie zostawiając jednocześnie żadnej realnej przestrzeni na rozwój, chyba że byłyśmy gotowe zapłacić za niego własnym snem, zdrowiem, przyjemnościami i wieczornym czołganiem się po domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, który – jak życie szybko weryfikuje – i tak w dłuższej perspektywie nikogo specjalnie nie interesuje ani nie wzrusza.

Marka osobista, pokazywanie się, mówienie o swoich kompetencjach, dokumentowanie własnej drogi zawodowej – to wszystko przez lata było dla naszego pokolenia czymś niemal niestosownym, źle widzianym, a momentami wręcz moralnie podejrzanym, podczas gdy dokładnie te elementy dziś definiują tożsamość zawodową, budują pozycję, wpływają na możliwości współpracy, zarabiania i decydowania o własnym życiu, zamiast bycia jedynie tłem do cudzych projektów.

Bo nazwisko to nie ego. Nazwisko to zasób.

To archiwum decyzji, konsekwencji, błędów i kompetencji.

To coś, co zostaje z tobą niezależnie od tego, jak potoczy się twoje życie prywatne, zawodowe czy emocjonalne.

Dlatego w tym roku postanowiłam postawić właśnie na nie.

Na siebie. Na własne nazwisko. Na własną tożsamość.

I jeśli miałabym zostawić tu jakąkolwiek uwagę – nie radę, nie wskazówkę, raczej chłodne zdanie do rozważenia – to byłoby to jedno: dbajcie o swój wizerunek w sieci, budujcie marki osobiste na własnych nazwiskach, inwestujcie zasoby w coś, co zawsze będzie wasze, niezależnie od okoliczności, i nie poświęcajcie swojego czasu, energii, zdrowia i życia na budowanie wartości firm, projektów i nazwisk innych ludzi, bo każda minuta waszego życia ma swoją cenę – nawet ta, którą właśnie poświęciłyście na przeczytanie tego tekstu, ku przestrodze.