Autor: Iza Jalowiecka

  • O pączku, którego nie zjadłam!

    W tłusty czwartek nie zjadłam pączka, co przez większość mojego życia byłoby zachowaniem co najmniej podejrzanym, ponieważ należałam do tej uprzywilejowanej grupy kobiet, które mogły jeść wszystko, co miało lukier, krem i trzy dni przydatności do spożycia, a następnie wracać do 58 kilogramów z miną osoby, która właśnie odkryła sekret wszechświata.

    Przez lata w przymierzalniach słuchałam historii o dietach, wyrzeczeniach i dramatycznym „ja tylko patrzę na ciasto i tyję”, i choć kiwałam głową z należytą powagą, w środku byłam przekonana, że to lekka przesada, bo moje ciało funkcjonowało jak dobrze zarządzana firma, w której bilans zawsze wychodził na zero, niezależnie od ilości krówek.

    A potem, dokładnie w zeszłym roku w pół roku z 58 zrobiło się 64. Bez metafizyki. Bez chorób. Za to z dużą konsekwencją w testowaniu, ile słodyczy zmieści się w kobiecie, która przez kolejne dekady wierzyła, że jest wyjątkiem od biologii. Okazało się, że nie jestem wyjątkiem, tylko spóźnionym uczestnikiem tego samego procesu, który dotyczy wszystkich.

    Najbardziej bolesne było nie to, że przytyłam, tylko to, że nagle musiałam zrozumieć kobiety, które całe życie coś sobie odmawiają, planują, kontrolują i nie traktują pączka jak niewinnego symbolu tradycji, lecz jak decyzję strategiczną.

    Nie należę do osób, które rozpisują afirmacje na lodówce. W dniu, w którym przestało mi się podobać to, co widzę, zaczęłam działać. Pierwszy posiłek o dwunastej, koniec z podjadaniem tego, co koleżanki przynoszą do pracy, bo kobieca solidarność w kwestii słodyczy bywa wyjątkowo skuteczna i potrafi zbudować wspólnotę opartą na cukrze.

    Dołożyłam olejki, bańkę chińską, zabiegi w Studio Figura Katowice Bażantowo, a nawet antycellulitowe majty, które wyglądają jak dowód na to, że estetyka nie zawsze jest priorytetem, kiedy w grę wchodzi ambicja. Czy wszystko działało. Być może. Czy działała moja konsekwencja. Zdecydowanie. Z 64 wróciłam do 58. Bez romantyzmu. Z kalkulacją.

    I dlatego w tłusty czwartek nie zjadłam pączka. Nie dlatego, że jestem ascetyczna. Dlatego, że wiem już, iż tłuszcz z pączka nie idzie w cycki wbrew powszechnym opiniom o tłustym czwartku, tylko wybiera miejsca, które najmniej współpracują z dopasowaną sukienką.

    Ten tekst nie jest o moralności jedzenia. Jest o utracie złudzenia, że coś będzie dane raz na zawsze. Metabolizm nie jest przywilejem. Jest procesem. A pączek jest tylko testem, czy naprawdę wierzysz w swoją decyzję bardziej niż w lukier…

  • O tym, dlaczego w tym roku postanowiłam postawić na siebie i własne nazwisko!

    To nie była żadna nagła iluminacja, objawienie między kawą a kalendarzem ani efekt motywacyjnego cytatu, który wyskoczył mi w internecie pomiędzy reklamą probiotyku a sukienką „must have na wiosnę”, tylko raczej powolne, nieprzyjemne i dość trzeźwe uświadomienie sobie, że należę do pokolenia, które nie tylko nie wyssało z mlekiem matki umiejętności chwalenia się, ale wręcz zostało bardzo skutecznie oduczone mówienia o sobie czegokolwiek dobrego, głośnego i – broń Boże – publicznego.

    Pokolenia, które za pewność siebie było ustawiane do pionu, za odwagę uznawane za bezczelne, a za indywidualizm traktowane jak problem wychowawczy, który należało możliwie szybko skorygować, najlepiej zawstydzeniem, porównaniem do innych albo klasycznym „nie wychylaj się, bo jeszcze ktoś pomyśli, że jesteś lepsza”.

    Efektem tamtych czasów była nabyta skromność – umiejętność doskonalona latami, ćwiczona w domu, w szkole, w pracy i w relacjach, polegająca na tym, żeby robić dużo, mówić mało, nie zajmować zbyt wiele miejsca i absolutnie nie sugerować, że ma się jakiekolwiek kompetencje, ambicje albo własne zdanie, które wykracza poza „jak uważasz”.

    Do tego dochodziła jeszcze niezbyt stabilna pozycja kobiety w damsko-męskim świecie, w którym to właśnie my – kobiety z tego pokolenia – musiałyśmy dla naszych córek wydeptywać ścieżki, walczyć o to, żeby nas słuchano, żeby nas traktowano poważnie, żeby nie dorzucano nam kolejnych obowiązków pod hasłem „bo ty i tak ogarniesz”, nie zostawiając jednocześnie żadnej realnej przestrzeni na rozwój, chyba że byłyśmy gotowe zapłacić za niego własnym snem, zdrowiem, przyjemnościami i wieczornym czołganiem się po domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, który – jak życie szybko weryfikuje – i tak w dłuższej perspektywie nikogo specjalnie nie interesuje ani nie wzrusza.

    Marka osobista, pokazywanie się, mówienie o swoich kompetencjach, dokumentowanie własnej drogi zawodowej – to wszystko przez lata było dla naszego pokolenia czymś niemal niestosownym, źle widzianym, a momentami wręcz moralnie podejrzanym, podczas gdy dokładnie te elementy dziś definiują tożsamość zawodową, budują pozycję, wpływają na możliwości współpracy, zarabiania i decydowania o własnym życiu, zamiast bycia jedynie tłem do cudzych projektów.

    Bo nazwisko to nie ego. Nazwisko to zasób.

    To archiwum decyzji, konsekwencji, błędów i kompetencji.

    To coś, co zostaje z tobą niezależnie od tego, jak potoczy się twoje życie prywatne, zawodowe czy emocjonalne.

    Dlatego w tym roku postanowiłam postawić właśnie na nie.

    Na siebie. Na własne nazwisko. Na własną tożsamość.

    I jeśli miałabym zostawić tu jakąkolwiek uwagę – nie radę, nie wskazówkę, raczej chłodne zdanie do rozważenia – to byłoby to jedno: dbajcie o swój wizerunek w sieci, budujcie marki osobiste na własnych nazwiskach, inwestujcie zasoby w coś, co zawsze będzie wasze, niezależnie od okoliczności, i nie poświęcajcie swojego czasu, energii, zdrowia i życia na budowanie wartości firm, projektów i nazwisk innych ludzi, bo każda minuta waszego życia ma swoją cenę – nawet ta, którą właśnie poświęciłyście na przeczytanie tego tekstu, ku przestrodze.